Recenzja książki: Natalka Śniadanko, "Ahatanhel"
Niuanse bez argumentów
Precyzja, dowcip i lekkość.

Są pisarze, którzy mocno, intrygująco debiutowali i dawali nadzieję na jeszcze lepiej i więcej. Należy do nich młoda ukraińska pisarka Natalka Śniadanko, której „Kolekcja namiętności” zebrała świetne recenzje i zyskała sympatię czytelników. Precyzja, dowcip, lekkość tej prozy kapitalnie powtarzają się w „Ahatanhelu”, drugiej powieści pisarki.

„Ahatanhel” to quasi-kryminał będący pretekstem do nabijania się ze środowiska prowincjonalnych dziennikarzy, ich pseudointelektualnych rozważań natury narodowo-historycznej, preparowania newsów i firmowego chaosu. Trzy najpopularniejsze gazety w Tygrysowicach, gdzie rozgrywa się akcja powieści, to „Niuanse”, „Dokumenty i argumenty” oraz „Argumenty i niuanse”.

Bohaterka pracuje jednak w „elitarnej” gazecie „KOLT 2”, która „nigdy nie zniża się do poziomu szmatławców”, a jej redaktor naczelny służy swoim dziennikarzom słuszną radą w stylu: „Strzeżcie się niepotrzebnej konkretyzacji” lub „Patrz, kogo walisz i po kiego chuja”. Autorka sama jest dziennikarką i czuje się, że znakomicie zna niuanse pracy w „Niuansach”. Niestety, ten pastisz kryminału jest przeładowany rozmaitymi obserwacjami autorki z kraju i ze świata. Śniadanko świetnie pisze, ma własny, rozpoznawalny styl, trafne obserwacje społeczne, duże pokłady dobrze ułożonej ironii. Szkoda, że tym razem nie potrafiła „odpuścić” sobie niektórych rozdziałów albo zostawić ich na dobry początek jakiejś nowej książki.
 

Natalka Śniadanko, Ahatanhel, przekł. Renata Rusnak, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2008, s. 488
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj