Fragment książki "Dziennik nieobyczajny"

31. Zbudziłem się o świcie, nie wiedząc, gdzie jestem ani kim jestem. Marny dzień. Oprzytomniałem dopiero po chwili, wsłuchując się w pochrapywanie psa. Spał obok jakby nigdy nic, mocno przekonany, że wszystko dzieje się gdzieś daleko i nie ma większego znaczenia; może dlatego pozwalam mu bezceremonialnie włazić pod kołdrę.

Ludzie pochylają się nad zwierzęciem nie z miłości do natury, ale do siebie; są słabi, a widząc słabość innych, całkowitą, bezbronną, czują się odrobinę lżej.

Bóg ciebie słyszy, ale radzić sobie musisz sam, mówi jakaś filmowa postać z telewizora, gdy wyglądam przez okno.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną