Recenzja książki: J.M.G. Le Clézio, "Urania"

Mieszanka usypiająca
Najsłabsza powieść tego noblisty

Nobel literacki ma od dawna zabarwienie polityczne, tegoroczny również, przy czym na tle ostatnich laureatów Jean-Marie Gustave Le Clézio wydaje się po prostu słabszym pisarzem. Tak można przynajmniej sądzić po lekturze wydanej właśnie powieści „Urania” z 2006 r., reklamowanej jako poetycka baśń o Meksyku. W poprzednich latach wybór nieznanego autora wzmagał ciekawość. Czekaliśmy na kolejne powieści J. M. Coetzeego, Orhana Pamuka czy Doris Lessing. Każdy z nich zbudował mocny i wyrazisty świat, którego ważnym składnikiem był rzeczywiście protest przeciw cywilizacji białego człowieka czy nadużyciom władzy. U Le Clézio również znajdziemy krytykę zachodniej kultury i amerykańskich, kapitalistycznych wyzyskiwaczy, ale jakże blado wypada on przy sile literackiej Coetzeego czy Pamuka.

Oto francuski geograf wyrusza do Meksyku, by badać ziemie w niezwykle żyznej dolinie. Jednak zajmuje się czymś innym – obserwowaniem pewnej tajemniczej społeczności Campos, gdzie znaleźli przystań rozmaici odmieńcy, bezpańskie dzieci, gdzie wszyscy są równi i żyją w szczęściu i harmonii. Ta mityczna wspólnota oczywiście nie może przetrwać – jest skandalem dla otoczenia. Na jej miejscu ma powstać luksusowe osiedle albo plantacja awokado. Geograf wybiera tę społeczność zamiast towarzystwa antropologów. Dochodzi bowiem do wniosku, że nauka też jest skażona dążeniem do władzy. Nic nie może się równać z siłą utopijnej wspólnoty. Problem jednak w tym, że czytelnikowi trudno tę fascynację zrozumieć. Oko narratora rejestruje kobiety, dzieci, krajobrazy, nie zatrzymując się na niczym na tyle długo i dogłębnie, by czytelnik mógł przejąć się opisywanym światem.

Ani to pełny realizm magiczny, ani powieść postkolonialna, ani powieść poetycka, ani polityczna, ani przekonująca utopia. Opisy poetyckie przeplatają się z miniwykładami z ekologii, kontrkultury i udekorowane są wątkami duchowymi. Tworzy to mieszankę, niestety nie piorunującą, ale usypiającą. Szczerze mówiąc, rzecz wygląda na młodzieńczą, pierwszą powieść pisarza zachwyconego Ameryką Łacińską (w tych kategoriach całkiem przyzwoitą), a nie na dojrzały głos autora ze sporym dorobkiem. Trudno zrozumieć, co przekonało komitet noblowski. Być może jednak otrzymaliśmy po prostu najsłabszą powieść tego pisarza. Szkoda, bo po takim początku, nie czeka się już na kolejne książki.
 

J.M.G. Le Clézio, Urania, przeł. Zofia Kozimor, PIW, Warszawa 2008, s. 240
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj