Recenzja książki: Marek Edelman, "I była miłość w getcie"
Miłość w getcie
Opowieści mniej i bardziej dosadne

Kilka czarno-białych zdjęć z warszawskiego getta (w tym najbardziej szczególne, na którym udało się komuś zatrzymać rozmowę starego człowieka z młodą, zafrasowaną dziewczyną o męskich rysach), fragment przedwojennego planu stolicy z wyraźnie zaznaczonym terenem, na którym ściśnięto później Żydów, i ponad sto stron wspomnień Marka Edelmana na wyjątkowo niewojenny temat – miłości. Dlaczego nie mówił o niej wcześniej? Bo nikt go o nią nie pytał. Tak przynajmniej twierdzi Paula Sawicka, właściwie współautorka tomu „I była miłość w getcie”, która wysłuchała zwierzeń Edelmana i zapisała je. To jednak niezupełnie prawda, że nikt dotychczas nie zainteresował się codziennością zamkniętych w getcie Żydów. Opowieści o ich dramacie powstawały jednak w ściśle określonej kolejności. Najpierw należało opisać bohaterstwo ludzi skazanych na zagładę, którzy nie pozwolili sobie odebrać życia „jak króliki” (to porównanie Edelmana).

Tym razem Edelman pyta o kwestię tyko pozornie nieheroiczną: dzięki czemu ci ludzie w ogóle mieli chęć żyć i walczyć. W wielu miejscach podkreślał, że dzięki temu, iż nie byli sami. Dzięki wspólnemu piciu wódki (która znajdzie się w Polsce nawet wtedy, gdy nie ma jedzenia), zabawom (na przekór śmierci), no i przede wszystkim dzięki konieczności ratowania sobie życia w jego najszlachetniejszej odmianie. Edelman, który przedstawia tu siebie jako „łobuza” i „bezczelnego” gońca o wielkim autorytecie („nie wiem, dlaczego mnie słuchali, takiego gówniarza, oni, poważni ludzie”), nie stroni, oczywiście, od dosadnych opowieści. Na przykład o biseksualnej łączniczce, która na oczach wszystkich kochała się ze starym Żydem i została z nim niemal do końca powstania warszawskiego. Albo o czterdziestokilkuletniej lekarce, której życie ratowali młodzi chłopcy (później z każdym z nich się wiązała). Ci, którzy skazywali się na samotność, zapewniali sobie szybszą śmierć od żyjących we wspólnotach.

Lekcja, jakiej tym razem udziela Marek Edelman, nawiązuje do starotestamentowej mądrości: „Musimy uczyć (...), że zło jest złem, że nienawiść jest złem i że miłość jest obowiązkiem”. Słowa te przypomina dziś świadek czynów i zdarzeń, których nie przewidziała żadna Święta Księga.

 
Marek Edelman, I była miłość w getcie, Świat Książki, Warszawa 2009, s.195
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj