Fragment książki: "Pary"

W obecności Foxy zachowywał się ostrożnie i z nieśmiałością, nie chciał wcale jej pożądać. Większą część dnia spędzał w Indian Hill, nadzorując budowę trzech parterowych domów, które szybko wyrastały z betonowych fundamentów. Głowę wypełniały mu bale o przekroju 5x10 cm, teowniki, podstawy fundamentowe, słupy szkieletowe, belki nośne, legaty i materiał podłogowy, namurnice i podwaliny. Z młotkiem w dłoni rozkoszował się, wgryzając się w grawitację. Jasno widział, w jaki sposób zostanie rozmieszczony ciężar; żaden dom nie wyglądał w jego mniemaniu piękniej niż wtedy, kiedy było widać sam jego szkielet. Później solidną stolarkę psuły niegodne materiały i rzemiosło, a pracę opóźniały pertraktacje z podwykonawcami - cwanymi elektrykami, nieuczciwymi hydraulikami i upartymi, powolnymi murarzami.

Dlatego przez wiele dni zajeżdżał pod dom Robinsonów dopiero o trzeciej, czwartej po południu. Najpierw został rozwiązany największy problem - brak piwnicy. Skrzydło dla służby, cztery malutkie, wyposażone w mansardowe okna sypialnie oraz aneks kuchenny zostały zburzone i wtedy w dwa dni czerpak koparki wykopał otwór głęboki na dziesięć stóp, docierając aż pod kuchnię. Czterech wyrostków przez tydzień pracowało dalej łopatami. Wykopali otwór pod kuchnią i holem, przebijając się do znajdującego się pod salonem pomieszczenia z piecem. Przez kilka dni, podczas gdy wylewano i rozprowadzano beton (operacja ta zbiegła się w czasie z czerwcową falą upałów; widok chłopców rozebranych do pasa i stojących po kostki w pyle w jamie pod budynkiem był prawdziwie piekielny), połowa domu Foxy opierała się na kilku cedrowych słupach i wspartych na pustakach stalowych kolumnach. Potem nad nową piwnicą Piet wzniósł jednopiętrową przybudówkę. Mieściły się w niej dwa pomieszczenia, z których jedno mogło zostać przeznaczone na dziecinną sypialnię, a drugie na pokój zabaw. Wychodziło się z nich na zabudowaną werandę z widokiem na bagna, połączoną z kuchnią korytarzykiem, który mógł służyć za składzik na narzędzia ogrodnicze. Przed końcem czerwca Foxy zamówiła ze szklarni Vos i Syn sześć krzewów róż, które zostały posadzone przy szerszym końcu nowego skrzydła. Foxy pielęgnowała je, dostarczając torf i wysypując nawóz, ponieważ gliniasta ziemia nadal była pełna gruzu i zryta kołami traktora.

W pięć czerwcowych dni grupa dekarzy zerwała nierówny, przeciekający gont i zamontowała nowy, płaski dach.

Stara, zbutwiała weranda została zburzona. Salon zalało światło. Jego ściany, podczas gdy montowano przewody do ogrzewania ciepłym powietrzem, zostały pokryte siatką podtynkową przez starego Czecha i jego kalekiego bratanka z Lacetown, ostatnich tynkarzy na południe od Mather. Te najbardziej pracochłonne fazy remontu, prawie całkowicie skończone do sierpnia, kosztowały Kena Whitmana jedenaście tysięcy, z czego dwa tysiące osiemset zagarnęła firma Pieta, mając zaledwie kilkaset dolarów czystego zysku. Reszta pieniędzy poszła na materiały, pracowników fizycznych i specjalistyczną robociznę Adamsa i Comeau, wykonawcę systemu grzewczego, dostawcę betonu i hydraulika. Remont kuchni, wraz z nowym wyposażeniem, hydrauliką, szafkami i linoleum, kosztował kolejne trzy tysiące. Piet, współczując Whitmanowi (który nigdy o współczucie nie prosił i godził się na wszystkie niezbędne udoskonalenia oraz wydatki jedynie szybkim skinieniem głowy, a tymczasem dom stopniowo stawał się coraz mniej jego i coraz bardziej Foxy), starał się pracować prawie bez zysku. Tak jak wszyscy, a zwłaszcza Gallagher, przewidzieli, całe przedsięwzięcie było od samego początku katastrofą.

Ale Pietowi sprawiało przyjemność przebywanie z ciężarną Foxy, przyglądanie się jej, kiedy czyta listy pod ścianą ze świeżym tynkiem, na który rzucała cień o złotej barwie. Chciał, by była zadowolona z jego pracy. Każda zmiana, jaką wprowadzał, była oznaką jego coraz większej skrupulatności. W nocy i podczas dłużących się godzin dziennych, kiedy z nią nie przebywał, wyobrażał sobie, że chronią ją wartownicy, których on sam postawił: znajdujące się w piwnicy stalowe kolumny, puste płaszczyzny uważnego tynku, sprawnie wyrównane, czujne drzwi, wiszące lekko w starych, krzywych framugach, doskonale zamocowany świetlik nad jej śpiącą głową, teraz już podwójnej grubości i właśnie uszczelniony. Zawsze kiedy był z dala od Foxy, wyobrażał ją sobie pogrążoną we śnie, jej długie ciało nieruchome, dojrzewające nieświadomie. Czasami, kiedy przyjeżdżał po południu, Foxy drzemała na kanapie. Ciemna woda połyskiwała w wijących się kanałach. Daleka latarnia morska w Lacetown falowała w upale. Charakterystyczny dla pełni lata zapach siana unosił się nad opadającym ku bagnom zboczem, porośniętym nawłocią i zamieszkanym przez polne myszy. Przy drzwiach stały pieńki po krzakach bzu. Na podjeździe nie parkował samochód robotników, jedynie jej używany plymouth, błękitny jak okładka kościelnego śpiewnika.

Piet uniósł metalowy haczyk od furtki. Obejrzał nieskończony szkielet przybudówki, zauważył dwa źle przybite i ułamane fragmenty legarów podłogowych, obszedł dom od frontu, gdzie poprzednio znajdowała się weranda, a teraz jej miejsce zajmowała mieszanina błota, rozbryzganego cementu, ogromnych zakurzonych papierowych worków, strzępów plastikowej folii i wełny izolacyjnej. Potem zapukał do bocznych drzwi, które jakby były wypychane od wewnątrz przez wypełniającą dom ciszę. W środku coś zastukało -Cotton, karmelowy kocur, ciężki i powolny. Piet wszedł do środka, a kot ukłonił się, przeciągnął i zamruczał w oczekiwaniu, że gość go podniesie. Wewnątrz czuć było błogi zapach wiórów.

Foxy spała piętro wyżej. Chcąc obudzić ją delikatnie, Piet zaczął przechadzać się po niewykończonych pokojach, sprawdzając scyzorykiem fugi, otwierając i zamykając drzwiczki szafek, które przytrzymywał na miejscu wmontowany u dołu magnes. Usłyszał nad głową kroki cięższe niż kocie. Zaczął uważnie sprawdzać detale miedzianej instalacji, zamontowanej nad starym kamionkowym zlewem. Hydraulicy nie dokończyli pracy i zdawało się, że rury są jak niemy krzyk. Foxy stała tuż za nim, ubrana w narzucony na halkę, luźno zawiązany szlafrok. Wzrok miała zamglony od snu, a wilgotne blond włosy przyklejone do policzka, który przed chwilą spoczywał na poduszce.

Powiedzieli, że wrócą.

Zastanawiałem się właśnie, dlaczego przerwali pracę. Mówili coś o gwintownicy i kolankach.

Hydraulicy to zmora branży budowlanej. Hydraulicy i murarze.

Mają w zwyczaju nagle znikać?

Nawet kjedy znikają, robią to powoli. Ty i Ken musicie mieć już serdecznie dosyć mieszkania w samym smrodku tego.

W dzień Kena nigdy nie ma, a dla mnie to nawet zabawne, że ciągle jacyś mężczyźni przynoszą mi prezenty. Siedzę sobie z Adamsem i Comeau przy stoliku w salonie i rozmawiamy o tym, jak to kiedyś było w Tarbox.

To znaczy kiedy?

Wygląda na to, że Tarbox zawsze było słonym miasteczkiem.

Masz ochotę się czegoś napić? Obudziłam się okropnie spragniona, zaraz zrobię lemoniadę.
Potrzeba do niej tyłko zimnej wody.

Powinienem wrócić do biura i zrobić porządek z tymi hydraulikami.

Obiecali, że wrócą, żebym miała ciepłą wodę. Masz coś przeciw różowej lemoniadzie?

Taty lubię najbardziej. Moja mama zawsze robiła różową. Z truskawkami.

W starych dobrych czasach, o których opowiadali mi Adams i Comeau, Divinity Street jeździł ramwaj, z którego wysypywał się tłum pijaków, jako że Tarboz było jedynym miastem między ostonem a Plymouth nieprzestrzegającym prohibicji. Przyjeżdżali nawet w czasie śnieżycy. To abawne z tymi tramwajami. Istniały przez jakiś czas, a potem je zlikwidowano.

Zawsze źle się w nich czułam. Robiło mi się niedobrze od zapachu cygara, które palił motorniczy.

A jeśli chodzi o bałagan, to co z miejscem, w którym znajdowała się stara weranda? Chcesz tam ieć trawnik, patio czy coś innego?

Planuję tam obrośniętą winoroślą altankę. Dlaczego się śmiejesz?

W ten sposób zasłonisz światło, które zyskałaś po zburzeniu werandy. Zniknie też widok, na który twierają się teraz okna.

Widok mi się znudził. To pasja Kena. Zawsze spogląda na zewnątrz. Opowiem ci o altance obrośniętej winoroślą.

Opowiedz.

Pewnego lata, kiedy dorastałam, tuż przed Pearl Harbor, moi rodzice zapragnęli wyjechać na jakiś czas z Bethesdy. Wynajęli na miesiąc ceglany dom w Wirginii z ogromną, obrośniętą winoroślą altanką, pod którą mrówki usypywały małe kopce. Ile mogłam mieć wtedy lat? To było w czterdziestym pierwszym roku, czyli siedem. Wybacz, zazwyczaj nie jestem taka rozmowna.

Wiem.

Pamiętam, że boczne pędy przypominały kształtem litery.

Ułożyła palce w literę A.

Starałam się uzbierać pełną kolekcję od A do Z.

Jak daleko zaszlaś?


Chyba do D. Nie byłam w stanie znaleźć idealnego E. A przecież można by pomyśleć, że w takim gąszczu pędów wszystko się znajdzie.

Trzeba było przeskoczyć do F.

Byłam przesądna i uważałam, że nie wolno mi tego zrobić. Miałam wtedy różne zahamowania.

Piet się skrzywił. Lemoniada była za kwaśna.

Z czasem zdają się całkowicie znikać. Zahamowania znaczy się. W pewien sposób brakuje mi ich.

Jakie to smutne. Dlaczego ci ich brakuje? Mnie zupełnie nie. Od czasu, kiedy zaszłam w ciążę, stałam się okropnie zapuszczona. Spójrz na mnie, mam na sobie szlafrok. Uwielbiam go.

Jej usta na tle różowej skóry wyglądały jak białe, jak gdyby posmarowała je ochronną pomadką.

Chcesz poznać sekret?

Lepiej nie. Powiedz, w jakim odcieniu bieli chciałabyś mieć stolarką w salonie? Czystym, błyszczącym, żółtawym czy kości słoniowej?

To zupełnie niewinny sekret. Od wielu łat chciałam zajść w ciążę, ale trochę się bałam. Nie chodziło o to, że stracę figurę, bo i tak zawsze byłam zbyt szczupła, by się tym martwić. Wydawało mi się natomiast, że moje ciało może zaskoczyć innych niemiłe. Przez długi czas nie powiedziałam o swojej ciąży nikomu oprócz Bei Guerin.

Która opowiedziała o niej wszystkim.

Wiem i cieszę się, że to zrobiła. Bo okazało się, że to nie ma znaczenia. Ludzi to po prostu nic nie obchodzi. Zarozumialstwem z mojej strony było sądzić inaczej. Tak właściwie to odnoszą się do ciebie z większą życzliwością, jeśli wyglądasz gorzej niż zazwyczaj. Jeśli wyglądasz, jakbyś był nieco zużyty.

Ty tak nie wyglądasz, moim zdaniem.

Ty też nie.

Czy mężczyznę ktoś może wykorzystać? To zazwyczaj oni wykorzystują.

Jakże się mylisz. Wykorzystujemy was bez przerwy. Tylko to potrafimy robić. Ale fakt, że to mówisz, ma związek ze wspomnianym brakiem zahamowań. Prawdziwy z ciebie purytanin. Nie oszczędzasz się. Początkowo sądziłam, że spadłeś ze schodów i wyczyniasz wygibasy, żeby się popisać. Ale ty to robisz, żeby wyrządzić sobie samemu krzywdę. Mając nadzieję, że ci się uda. Dlaczego się śmiejesz?

Bo jesteś bardzo bystra.

Nieprawda. Opowiedz mi o swoim dzieciństwie. Moje było wyjątkowo szare. Rodzice w końcu się rozwiedli. Byłam tym zdumiona.

My mieliśmy szklarnię. Rodzice mówili z holenderskim akcentem. Bardzo się starałem, żeby go po nich nie odziedziczyć. Zginęli wiele lat temu w wypadku samochodowym.

Tak, jasne. Freddy Thorne nazywa cię naszą sierotką.

Często się z nim widujesz?

Tyle, ile trzeba. Zagaduje mnie na przyjęciach.

Wszystkich zagaduje.

Wiem. Nie musisz mi tego mówić.

Przepraszam. Nie miałem zamiaru w ogóle niczego ci mówić. Jestem pewien, że wiesz już wystarczająco. Chcę po prostu skończyć pracę, żebyście wraz z dzidziusiem spędzili nadchodzącą zimę wygodnie.

Jej usta znieruchomiały na moment, zamarły, blade, mierzące przestrzeń jak suwmiarka.

Jeszcze nie ma nawet lipca, powiedziała.

Czas szybko płynie.

Tak odpowiedział. Jeszcze nie było lipca, a on jej ani razu nie dotknął, poza zwyczajowym powitaniem i w czasie tańca. Foxy była od niego nieco wyższa, ale pozwalała się prowadzić. Delikatnie opierała rękę na jego plecach i miękko obijała się o niego twardym brzuchem. Teraz wyczuł w niej zniecierpliwienie, kiedy siedziała owinięta w szlafrok na kuchennym stołku. Można ją było nawet uznać za agresywną, nieatrakcyjną, skażoną rozgadanym oczekiwaniem i ciążową bladością.

Dobra lemoniada.

Rzucił to niezobowiązująco, w tym samym momencie, kiedy Foxy ostro spytała: Dlaczego chodzisz do kościoła?

A ty?

Ja spytałam pierwsza.


Zwyczajnie. Jestem tchórzem. Tradycjonalistą. Religijnym republikaninem. Tam są duchy moich rodziców, a starsza córka śpiewa w chórze. Jest taka dzielna.

Przykro mi, że jesteś republikaninem. Moi rodzice uwielbiali Roosevelta.

Moi czuli się urażeni faktem, że jest Holendrem. Uważali, że Holendrzy nie mają żadnego interesu w tym, by rządzić krajem. Wydaje mi się, że uważali władzę za grzech. Ja nie mam na ten temat żadnych poważnych przemyśleń. No, może poza jednym. Uważam, że Ameryka jest w tej chwili jak obsypane cukierkami, niekochane dziecko. Jak kobieta w średnim wieku, której mąż przywozi prezent z każdej podróży, ponieważ ją zdradza. Kiedy byli świeżo po ślubie, nie musiał jej dawać prezentów.

Kim jest ten mąż?

To oczywiście Bóg. On już nas nie kocha. Kocha Rosję.

Ugandę. My jesteśmy otyli i pryszczaci i zawsze domagamy się więcej cukierków. Straciliśmy jego względy.

Dużo rozmyślasz o miłości, prawda?

Więcej niż inni ludzie?

Tak mi się wydaje.

Tak właściwie to nigdy o niej nie myślę. To działka twojego przyjaciela, Freddy'ego Thorne'a.

Chciałbyś mnie pocałować?

Tak, bardzo.

Więc dlaczego tego nie zrobisz?

Nie wydaje mi się to stosowne. Nie mam odwagi. Nosisz dziecko innego mężczyzny.

Foxy wstała, zniecierpliwiona.

Ken boi się mojego dziecka, wykrzyknęła. Mnie też się boi. Ty też się mnie boisz.

Piet podniósł się z krzesła. Foxy stanęła obok niego i zwróciła się do niego głosem tak cichym, jak niewielka była między nimi odległość.

Czyż nie jesteśmy w naszym domu? Czy nie budujesz go dla mnie?

Nim ją pocałował - wiedział już, że nie ma innego wyjścia - zobaczył na jej twarzy wyraz idealnego spokoju i całkowity brak emocji. Przypominała płomień świecy na słabnącym wietrze, prostą drogę biegnącą bez celu albo holenderskie kanały. Dotykając jej skóry pod luźnym szlafrokiem, odkrył, że jest prawie jak z drewna, chociaż żywa i należąca już do niego. Ciało Foxy tak szybko stało się dla niego znajome, że nie odczuwał potrzeby wzięcia jej od razu, na miejscu. Podobnie jak obejmujący się w kuchni mąż i żona, którzy zaprzestają pieszczot, ponieważ wiedzą, że wkrótce będą mieć dla siebie całą noc, kiedy dzieci będą już spały i nie zapuka listonosz.

Znalazłszy się znów na zewnątrz, pośród rozjeżdżonej gliny, wiórów, stosów gontów i pozostałości krzewów bzu, Piet miał cały czas przed oczami jej włosy, rozjaśnione przez słońce Tarbox, rzyklejone częściowo do policzka. Gdy ją pocałował, odwróciła powleczoną rumieńcem twarz, jak gdyby chciała nabrać oddechu, westchnęła i spojrzała w daleki kąt niewykończonej kuchni. Jej na ozór cienkie usta były w dotyku szerokie, ciepłe i śliskie. Kiedy Pięt wyszedł na zewnątrz, pamięć o niej w zetknięciu z tlenem jak gdyby uległa chemicznej przemianie i odurzyła go wszechogarniającą patią.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj