Recencja książki: Anda Rottenberg, Proszę bardzo

Niepełna obecność
Pisanie jako terapia

Ponad 10 lat temu dwudziestoparoletni Mateusz, nieodwracalnie uzależniony od narkotyków, syn Andy Rottenberg, zaginął bez śladu. Po latach błędnych tropów, oględzin ciał, które nie okazały się jej synem, Rottenberg odbiera telefon z informacją, że tym razem chyba trafiono na właściwy ślad. Ogląda policyjne zdjęcia, czeka na wyniki badań genetycznych. A czekanie to brak działania, jedyna rzecz, z którą wieloletnia szefowa Zachęty nie potrafi sobie poradzić. Pisanie ma być terapią, grzebanie w pamięci sposobem na zapomnienie. Tak powstaje „Proszę bardzo”, książka tak osobista, że aż boli, ale to jest ból ujarzmiony przez literacki zamysł. W końcu pisze ją autorka wnikliwych tekstów o sztuce, kuratorka wystaw, świadoma aktu stwarzania czegoś, co ma siłę oddziaływania na innych. Pisze krótkimi zdaniami, bez ozdobników, tak ciasno, aby między frazami nie znalazło się miejsce na użalanie się nad sobą. To nie autor ma się wzruszać. To czytelnika łapią za gardło opisy oględzin ciała młodego mężczyzny, które znaleziono na klatce schodowej jednej z warszawskich kamienic. To czytelnik nie może się pogodzić z faktem, że inteligentny, wrażliwy, utalentowany chłopak mówi matce: inni koledzy robią kariery, a ja postanowiłem się zmarnować, i leci w przepaść, mimo że przed zatraceniem próbują go oprócz niej ratować żona, przyjaciółka, dzieci, które zdążyły mu się urodzić. Jego zatracenie jest tragicznie banalne jak to u narkomana: kradzieże, dealerka, więzienia, odtrucia, odwyk i znowu ćpanie, zabijające człowieczeństwo, w końcu bezimienna śmierć od ciosu tępym narzędziem lub od uderzenia w brzuch.

Teraźniejszość przeplata się z przeszłością. Czekając na ostateczne rozstrzygnięcie, czy ciało znalezione przed laty w kamienicy na Mokotowie to jej syn Mateusz, Rottenberg odjeżdża w przeszłość na poszukiwanie śladów swojej rodziny. Urodziła się w czasie wojny w Nowosybirsku, gdzie przed obozową latryną miłość spadła na jej matkę Rosjankę (przeżyła oblężenie Leningradu) i ojca, polskiego Żyda, który ocalał dzięki wywózce do obozu w głąb Rosji. Ma więc w rodzinie ortodoksyjnych żydowskich przodków, katolików, prawosławnych. Autorka otacza się odnalezionymi żywymi i zmarłymi krewnymi, jakby wierzyła w definicję szczęścia, którą usłyszała w Kanadzie od jednej z ocalonych ciotek: mieć wokół siebie jak największą rodzinę, bliskich, krewnych, wnuków. Książka, od której nie sposób się uwolnić, zamyka się z chwilą, gdy kończy się oczekiwanie autorki na zaginionego syna.

Anda Rottenberg, Proszę bardzo, W.A.B., Warszawa 2009, s. 491

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj