Recenzja książki: Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław
Czarne i przyciągające
Miejska legenda: im dziwaczniejsza, tym lepsza?

Nasi pisarze nie palą się zbytnio do pisania horrorów. Jednym z nielicznych jest Łukasz Orbitowski, który konsekwentnie stawia na tę odmianę literatury. Choć książki autora „Horror show” są o tyle specyficzne, że efekt grozy uzyskiwany jest w nich przez zderzenie tego co codzienne z niesamowitościami. Orbitowski miesza elementy horroru i powieści obyczajowej. Podobnie jest w „Świętym Wrocławiu”.

Mieszkańcy bloku w niezbyt ekskluzywnej dzielnicy Różanka odkrywają, że pod tapetami znajduje się czarne, przyciągające „coś”, które sprawia, że wszyscy, którzy mieli z nim kontakt, zapominają o bożym świecie. Z ust do ust przekazywana jest miejska legenda o Świętym Wrocławiu na Różance, który ma magnetyczną moc przyciągania, ale w którym ludzie przepadają bezpowrotnie. Święty Wrocław jest na dobrą sprawę enigmą: nikt tak naprawdę nie wie, czym jest. Również władze, które zdobywają się jedynie na to, żeby otoczyć to miejsce kordonem. Fenomen Świętego Wrocławia próbuje wyjaśnić też jurodiwy, obwołany prorokiem przez pielgrzymów ciągnących do cudownego miejsca.

Orbitowski bez wątpienia jest sprawnym rzemieślnikiem, wie, jak budować frapującą fabułę i trzymać czytelnika w napięciu. Jednak w „Świętym Wrocławiu” trochę za dużo jest tajemnic i niedopowiedzeń, co sprawia, że powieść jest – by tak rzec – mętna. A może Orbitowski jedynie bawi się w tworzenie miejskiej legendy, im dziwaczniejszej, tym lepszej? Trudno o jednoznaczne rozstrzygnięcia. Jednego można być pewnym: przybliżanie tajemnicy poprzez piętrzenie tajemnic – to chyba nie jest najlepsza strategia.

Łukasz Orbitowski, Święty Wrocław, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009, s. 295 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj