szukaj
Recenzja książki: Henning Mankell, Biała lwica
W krainie mżawki
Jak co roku, pora na naszą krwawą kolekcję 'Lato z kryminałem'

Tym razem Kurt Wallander stoi przed zagadką: co łączy zabójstwo agentki nieruchomości z Ystad, odcięty palec ciemnoskórego mężczyzny i szczątki radiostacji z Rosji? Czytelnicy wiedzą od początku więcej od niego, a to dlatego, że akcja „Białej lwicy” rozpoczyna się w Afryce Południowej, gdzie tajny związek Burów przygotowuje zamach na Nelsona Mandelę. Mamy 1992 r., czasy rządów białego prezydenta de Klerka.

Do Szwecji zostaje wysłany na szkolenie zamachowiec, a jego nauczycielem jest były oficer KGB Konowalenko. Zanim Kurt Wallander połączy fakty, upływa sporo czasu. Długo błądzi we mgle, a właściwie w deszczu, który jak zwykle spowija Skanię. Aura pogodowa jest stałym motywem wszystkich szwedzkich kryminałów Mankella i bez wątpienia dodaje im uroku. „Lało bez przerwy. Wiatr przybrał na sile” – zauważa Wallander kolejnego ranka. Deszcz od czasu do czasu zamienia się w mżawkę i kapuśniaczek. Początek szwedzkiej wiosny doprawdy nie rozpieszcza. Kolejnym stałym elementem są wielogodzinne zebrania na komisariacie w Ystad, gdzie policjanci analizują postępy w śledztwie. Jednak to nie logiczne przesłanki naprowadzają Wallandera na ślad przestępstwa, komisarz przede wszystkim kieruje się intuicją. Idzie za nią ślepo, czasem nawet omijając prawo. Jednym wierzy, innych nienawidzi.

Ten samotny 44-latek od dawna nie jest w najlepszej kondycji. W „Białej lwicy” Mankell ciekawie łączy thriller polityczny z powieścią detektywistyczną. Ta trzecia z kolei powieść o Wallanderze przyniosła mu międzynarodową sławę. Komisarz do rozwikłania tajemnicy zmierza drogą rozmokłą w szwedzkim deszczu. Im jest trudniej i żmudniej, tym bardziej nie można się oderwać.

 
Henning Mankell, Biała lwica, przeł. Halina Tylwe

 

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj