Recenzja książki: Anna Nasiłowska, Historie miłosne

To na m.
Miłość w popkulturze

Jak mówić o czymś, co nie ma regulaminu? Co się może objawić na tysiące sposobów? Co, owszem, może być sensem życia, ale także siłą niszczącą, dewastującą świat? „To na m.” – pisze o miłości Nasiłowska, zaklinając rzeczywistość. Nie chce budzić licha, ale licho już nie śpi, sieje spustoszenie w życiu bohaterów. Bowiem „Historie miłosne” to opowieści o ludziach, którzy nagle wyłaniają się z tła i znienacka stają się dla bohaterów najważniejsi. Miłość w popkulturze utożsamiana jest z objawieniem i błogosławieństwem, szczęściem najwyższym. Owszem, zgadza się Anna Nasiłowska, ale zdarza się miłość-piekło, miłość bez przyszłości, jałowa, niedojrzała, grzeszna. „To już nie ustąpi”, „nie ma już powrotu”, „to się gasi”, „to złudzenie”. Przed patosem i sentymentalizmem mówienia o słynnej „m” chroni Nasiłowską chłodny, lapidarny język: krótkie, jakby cedzone zdania – żeby powiedzieć jak najmniej, bo „czym bardziej to mówię, tym bardziej go kocham”.

Książka nieoczywista, raczej zadająca pytania, niż serwująca łatwe recepty, proste odpowiedzi. Intensywna, ale ocierająca się – zapewne celowo – o kicz, miejscami nużąca. Z opowiadaniem miłości jest trochę jak z opowiadaniem własnych snów: przez chwilę może być pięknie, ale po chwili słuchacz zaczyna się rozglądać na boki. Potrzeba ogromnego talentu, wyczulenia na pretensjonalność i sofizmaty, żeby udźwignąć temat. Wydaje się, że wszystkie te właściwości Nasiłowska posiadła. To nietypowa książka o miłości, bo smutna, jakoś prawdziwa. Mimo braku złudzeń jednak pokrzepiająca, bo Nasiłowska mówi coś, co tak prosto opisał niegdyś poeta Marcin Świetlicki „(…) miłość jednak jest. Tak”.

Anna Nasiłowska, Historie miłosne, Świat Książki, Warszawa 2009, s. 152 

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj