Recenzja książki: Janusz Głowacki, "Raport Piłata i inne opowiadania"
I śmieszno, i straszno
Opowiadania Janusza Głowackiego dobrze zniosły próbę czasu. Dziś można podziwiać w nich to samo co dawniej: koloryt czasu, dziwny splot realiów i kontrasty stylów.

Nasza literatura przypomina Kopciuszka. Stroi się, jak może, ale spod spodu i tak wyłazi coś siermiężnego. Głowacki z siermiężności, podpatrzonego prymitywu i groteski uczynił jeden z chętnie eksponowanych tematów. Rzecz jednak w tym, że na opisie prymitywu się nie kończy. Pod spodem jest pełnowartościowy dramat egzystencjalny bohatera, tyle śmieszny, co straszny, jak u Gogola.

Dziesięć opowiadań Głowackiego prezentowanych w tomie kolekcji „Polityki” można uznać za przekrój jego dorobku w dziedzinie krótkiej formy: trochę amerykańskich short stories z lat 90. i przegląd klasycznych, najwcześniejszych utworów. „Wirówka nonsensu” to tytułowe opowiadanie pierwszej książki Głowackiego, opublikowanej w 1968 r. „Polowanie na muchy” sfilmował Wajda. W obu pojawia się pierwszoplanowa postać młodego człowieka, szukającego życiowej drogi, nieco pasywnego i łatwo poddającego się okolicznościom. Te są barwne, bo w tych dawnych czasach życie towarzyskie Warszawy kwitło i obfitowało w okazje do zrobienia kariery albo nawiązania szybkich romansów. Niestety, młodzieniec jest nieco zbyt wrażliwy, by nie odczuwać manipulacji, a przede wszystkim marności tego wszystkiego, zwłaszcza gdy wolałby oddać się kobiecie, ale nie jakiejś, tylko tej akurat, która go nie chce albo stawia zbyt wysokie wymagania.

W późniejszym „My sweet Raskolnikov” młody człowiek jest już kimś, „nadzieją polskiej literatury”, która może związać się z bogatą paryską damą i w ten sposób „wydać się za Zachód”. Zwykle w tej sytuacji bywały kobiety, ale okazuje się, że i mężczyzna nieźle nadaje się na „towar eksportowy”, jeśli przystojny, seksualnie sprawny i dziki. Odwrócenie ról płciowych to symboliczny obraz polskiego poniżenia, relacji wobec bogatego Zachodu. W pisanym dużo później „Rose Cafe” widzimy kalifornijskie realia i tłum drobnych wyrobników sztuki, wciąż czekających na największą życiową szansę. Tu poniżony długotrwałym czekaniem jest właściwie każdy. I każdy jest tak samo zbędny jak jego kolega z tej samej kawiarni.

Drugą metodą artystyczną Głowackiego jest pisanie językiem bohatera. Najlepiej więc, jeśli jest on charakterystyczny, co przekłada się na jego sposób widzenia świata i specyficzną manierę stylistyczną. „Raport Piłata”, którym od razu po publikacji zachwycił się Iwaszkiewicz, ma formę obszernego policyjnego sprawozdania ze zdarzenia, które być może jest powtórnym zjawieniem się Chrystusa we współczesnym świecie, ale policyjny styl i sposób interpretowania rzeczywistości czyni z tego jakąś wielką burdę narkotykowo-pijacką i niczego poza tym nie sposób ustalić. Histeryczna prostytutka Magdalena coś wykrzykuje, ale nikt nie rozumie, o co jej chodzi.

W niewielkim opowiadaniu „Przed burzą” pojawiają się pijacy z ich pseudoracjonalnym rozumowaniem. Prawdziwym majstersztykiem jest wczesne opowiadanie „Coraz trudniej kochać” - napisane w formie listów partyjnego aktywisty do jego ukochanej. Aktywista jest żonaty, a kochanka wybiera innego, obleśnego typa, który jest lepiej ustawiony, ale dziwna mieszanka stylów, skrzywionych przez propagandę i powierzchowną edukację, ma w sobie nuty prawdziwego liryzmu. I nie o to chodzi, byśmy uwierzyli, że uczucie jest głębokie, autentyczne i wystarczyłoby otrzepać je z socpropagandy, abyśmy otrzymali nowego Wertera. Werter-aktywista jest śmieszny i groteskowy, ale i tak odsłania się tu absurd i prawdziwy dramat - pustki, zawieszenia w próżni.

Głowacki, przedstawiając bohaterów mocno naznaczonych środowiskiem, czyni z nich pełnoprawne postacie. Nie zatrzymuje się na poziomie parodii, śmieszności językowej i groteski. Jego rozpoznanie absurdu wysnute jest z obserwacji banału życiowego, codzienności i autentycznego języka.

Mam nieodparte wrażenie, że właściwie każde z opowiadań Głowackiego mogłoby nosić tytuł wybrany dla jego debiutanckiego zbioru z 1968 r.: „Wirówka nonsensu”. W tej wirówce bywa kolorowo jak w kalejdoskopie i bardzo śmiesznie, ale nie przestaje być strasznie. I ten sam typ życiowej grozy rozpoznać można u jego maluczkich bohaterów. Brawurowa autobiografia „Z głowy”, nasycona anegdotami i autoironią, też jest „Wirówką nonsensu”. Głowacki jest ponadto bardzo wybitnym stylistą. Chyba najwybitniejszym dziś i to trzeba po prostu napisać. Nie polega to na ładności stylu, czasem wręcz przeciwnie, na odgięciu od normy, ale zawsze trafiającym nieomylnie we właściwy ton, charakterystyczny dla bohatera czy środowiska. Zdanie nie płynie sobie poprawnie i gładko, jest często naładowane napięciami, podkręcone jak piłka tenisowa, którą trudno obronić. Dla siebie Głowacki zarezerwował autoironię.

Janusz Głowacki,  Raport Piłata i inne opowiadania, Polityka SP, Warszawa 2009, s. 208, XXII tom kolekcji Polska Literatura Współczesna

 


 

SKLEP INTERNETOWY POLITYKI

 


Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj