Recenzja książki: Stanisław Dygat, "Pożegnania"
Maski kochanków
Przy czytaniu „Pożegnań” Dygata przesuwają się przed oczami sceny z filmu Hasa z 1958 r. U Hasa jest ta sama lekkość i humor, dialogi wzięto żywcem z powieści, a Dygat pióro miał świetne.

Otej powieści, drugiej po „Jeziorze Bodeńskim", pisano, że jest pożegnaniem z przedwojenną rzeczywistością. Zarzucano nawet Stanisławowi Dygatowi w 1948 r., kiedy się ukazała, że za słabo potępia burżuazyjny kapitalizm. Tymczasem jest to rzecz bardzo kameralna i z ducha gombrowiczowska. I choć konwenanse oraz mezalianse nie należą już do naszego świata, to poczucie uwięzienia w rolach i maskach dziś może być tak samo dojmujące.

Przypadkowe spotkanie

Tuż przed wojną Paweł, zbuntowany chłopak z dobrego domu, poznaje Lidkę, fordanserkę z Cafe Clubu. Ma dosyć swojego środowiska, czwartkowych herbatek z towarzystwem z wyższych sfer. „Od dawna już żyłem w niezgodzie z otoczeniem. Miałem wstręt do szablonów i schematów wzajemnego obcowania ludzi ze sobą". Drażnią go nie tylko herbatki, egzaltowane ciotki, ale też sprawy poważniejsze - powieść zaczyna się sceną na uniwersytecie. Paweł udziela pomocy żydowskiemu studentowi, którego korporant okłada laską. Wyciąga go stamtąd, ale ten uporczywie wraca na uczelnię. Paweł czuje bezsilność. „I tak świata nie zmienisz" - wszyscy dookoła mu to powtarzają, a on sam traci ochotę na jakiekolwiek działanie.

 

Pieniądze od rodziców na czesne zamierza przepić, w Cafe Clubie spotyka dziewczynę podobnie jak on zbrzydzoną światem. Opowiada mu, jak banalnie mężczyźni ją podrywają, zawsze tak samo: „Pani jest inna niż wszystkie kobiety. Ja dopiero przy pani wypoczywam. Ja w gruncie rzeczy jestem taki prosty, swój chłopak (...) i najchętniej uciekłbym z panią w jakieś zacisze, do jakiegoś uroczego zakątka wiejskiego".

Skoro ujawnili szablony, nie mogą się przyznać, że się sobie spodobali, więc grają i kluczą. Grą jest też ich podróż do Podkowy Leśnej, gdzie w willi Quo vadis spędzają noc. Skąpa właścicielka próbuje sprzedać im wyliniałego kota, paskudny zegar i psa. Ten dialog identycznie brzmi w filmie Hasa.

„- Za pieska 30 zł - powiedziała stara.
- Wykluczone! - zawołałem.
- Piętnaście razem z kotem i zegarem.
- Nie, nie.
- To niech będzie pięć.
- Ale bez kota i zegara.
- Bez kota i zegara - siedem".

Chłopak z dobrego domu

Ich przygoda jest też uwięziona w schemacie, bowiem Paweł, mimo swego buntu, czuje się chłopakiem z dobrego domu, który nie powinien interesować się fordanserką. Inaczej wszystko wygląda, kiedy spotykają się po raz drugi, pod koniec wojny, w majątku hrabiny Róży, a Lidka występuje jako żona hrabiego Mirka. Pomiędzy ich spotkaniami jest jeszcze Paryż - tego wątku nie ma w filmie. Zanim wybuchła wojna, Paweł wyjechał tam na studia, ale zamiast tego głównie balował. W Paryżu podrywa go piękna Dodo, używając dokładnie tych samych słów co klienci Lidki.

Ponowne spotkanie Pawła i Lidki ma miejsce w majątku, gdzie gromadzą się wojenni rozbitkowie. Widzimy tam prawdziwą paradę rozpadających się masek. Właścicielka, hrabina Róża, gra rolę szlachetnej gospodyni, ale coraz gorzej jej to wychodzi. Jeszcze chwila, a całkiem straci fason. Maska lokaja opada też z Feliksa, który otwiera własny lokal i zatrudnia „panów hrabiów". Stary świat pęka, nadchodzi nowe - powieść kończy się, gdy zbliża się armia radziecka w 1945 r., hrabia Mirek ucieka do Wiednia, a Paweł i Lidka zostają. Zakończenie jest jednak otwarte: to, że stare formy ulegają zniszczeniu, nie znaczy wcale - jak chcieli krytycy w 1948 r., że nowa rzeczywistość będzie lepsza. U Dygata można odnaleźć gombrowiczowski pesymizm - pod maską kryje się następna maska, a forma zmienia się na inną, nie ma nic oprócz nich. Zresztą życie społeczne opiera się na sztuczności i grze, a tak zwana szczerość jest tylko podstępem. Dygat pisał o tym w jednym z felietonów w tomie „Kołonotatnik": „Szczerość jest bowiem sztucznie stworzoną formą natury salonowo-towarzyskiej, najbardziej wyrafinowaną, a więc prymitywną metodą zwodzenia bliźnich i narzucania im podstępem swoich zamysłów". Lidka i Paweł wpadają w kolejne schematy, jednak oboje potrafią też spojrzeć z dystansem na świat dookoła, i na fordanserki, i na hrabiów.

Podobnie jak w „Jeziorze Bodeńskim", i w tej powieści pojawia się dystans wobec polskich form, romantycznych uniesień i martyrologii. „Dla Polaków nie ma doświadczeń, a tylko przekleństwo nieprzyjaznych sił losu" - myśli Paweł.
Ton krytyczny w twórczości Dygata przysporzył mu wielu problemów, łącznie z oskarżeniami o antypolskość. „Chciałbym też przypomnieć, że jedną z cech patriotyzmu jest wyszukiwanie rzeczy budzących wątpliwość we własnym kraju, we własnym narodzie" - bronił się pisarz wiele lat później. Polskie rozrachunki nie są jednak głównym tematem „Pożegnań". Ta powieść jest taka, jak jej autor, który nie znosił celebracji, patetycznych póz i nudziarstwa. Skutecznie bronił się przed nimi wdziękiem, dowcipem i ironią.

Stanisław Dygat, Pożegnania, Polityka SP, Warszawa 2009, s.152, XXIII tom kolekcji Polska Literatura Współczesna

 


 

SKLEP INTERNETOWY POLITYKI

 


 

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj