Fragment książki „Dom głuchego”
Nostalgia to wspominanie czegoś, czego nigdy nie było.
mat. pr.

Ludzie plotkowali, że Himmler podczas wizyty w Bratysławie pod koniec września 1944 roku o mało co nie pękł ze złości – krzyczał, że Niemcy leżą w gruzach, jedzenie jest obrzydliwe, a tutaj ludzie spacerują po ulicach ot tak sobie, jakby nic się nie stało, i kupują w sklepach za pieniądze.

Ta idylla nie trwała jednak długo. Coraz więcej rzeczy można było dostać tylko na kartki.

Przyszedł zakaz wyrobu bitej śmietany, mama załatwiała w tajemnicy mleko, żeby mogła zrobić Petrowi na urodziny ulubione francuskie kremówki. W końcu pomógł jej Puškár, który zawsze miał swoje dojścia.

Na urodzinach podała jeszcze inny wielki skarb – jeden z pacjentów podarował ojcu wędzony wołowy język. Był twardy, bo mama za krótko go gotowała, ale wszyscy udawali, że takich delikatesów nie zostawią na talerzu. Stryj Rudo złamał sobie na nim nawet ząb. Po obiedzie dorośli popijali dobrą przedwojenną kawę. Monako wsadził ją ojcu do teczki. Z pewnością nie różniła się smakiem od tej z zapasów Wehrmachtu, stwierdziła mama.

Złoty wiek cukierni Puškára powoli dobiegał końca. W tajemnicy podawał ulubionym stałym gościom ptysie i swój legendarny kasztanowy krem, aż ktoś na niego doniósł. Przyszła kontrola i w magazynie Puškára znaleziono worki kawy i olbrzymie zapasy cukru i śmietany. Zabrano mu licencję.

Co więcej, właśnie definitywnie opuściła go Lila.

Bóg listonoszy doręczył mu list.

Ojciec chciał się na dobre pozbyć tego brzemienia, więc na początku października wysłał ją na emigrację. Nie zdradziła, dokąd zmierza, ale powołała się na swoje niemieckie pochodzenie, z którym w przyszłości nie będzie mogła spokojnie żyć w tym kraju. Mgliście wspominała o Rio albo Paragwaju, już nie pamiętam. W każdym razie w ostatnim liście Lila pisała, że będzie o nim pamiętać aż do śmierci i że na pewno jeszcze się zobaczą, ale może to potrwać lata.

To ostatecznie go złamało. Zniknął i nikt nie wiedział, gdzie jest. Wyjechał z miasta.

Od tego czasu Puškár czekał na Lilę, największą miłość swojego życia.

Tak, nostalgia to wspominanie czegoś, czego nigdy nie było.

Niemcy stopniowo zajmowali Słowację i przestano robić wyjątki dla jakichkolwiek Żydów. Pospiesznie przygotowywano wznowienie transportów.

Doktor Gronsky jeszcze przed ucieczką do Szwajcarii zdążył ojcu zrobić specjalną koronkę, w której wykorzystał platynę. Stałem obok, kiedy szepnął:

– Za to jest kara śmierci!

Widziałem na jego twarzy morderczą radość.

W latach trzydziestych fanatycznie wyznawał teorię o czyhającym pod zębami, skrytym gdzieś głęboko w dziąsłach ogniskowym zapaleniu. Dzięki niej całkowicie pozbawił wielu pacjentów z trudem utrzymywanego, objętego pieczołowitą troską uzębienia. Ale przynajmniej do śmierci mieli spokój. Ojciec oparł się jednak słodkiemu kuszeniu dentysty.

Mawiał: „Zęby to dziwna rzecz, Adašo. Uwierzyłbyś, że to właściwie trzydzieści dwa stawy? A potrafią niewyobrażalnie boleć!”.

Mój kolega Tonko Grün, który miał tyle lat co ja i cudownie sprawne palce – potrafił mistrzowsko wyginać miedziany drut i robić z niego różne zwierzęta i kwiaty – pakował do dziecięcej walizeczki oblepionej kolorowym papierem w kwiaty duże kleszcze. Ponieważ tam, gdzie ich wiozą, mieli pracować. Do transportu wzięli też Misloviča, choć nie umiał nawet modlić się po hebrajsku. Pani Klugerová rozdała swoje koty.

Wuj Oskar starał się w tych dniach być poza zasięgiem. Kiedy musiał coś załatwić, unikał głównych ulic i przede wszystkim swojego dozorcy, który mógł go wydać. Godzinami przesiadywał w mieszkaniach innych ludzi, ale oni też się bali, że ktoś zadzwoni do drzwi albo zatelefonuje, jakby ktoś, kogo nie można sobie wyobrazić, mógł prześlizgnąć się przez kabel do środka. Razem z ciocią Rózką chodzili do znajomych, których wcześniej nigdy by nie odwiedzili, do obcych przechodniów, z którymi, ot tak, przypadkowo zaczęli rozmawiać, a wyglądali na porządnych ludzi. Żeby tylko nie siedzieć w domu. Ale poczta była bezwzględna wobec Oskara i jego kobiety. A także ich dzieci.

Wszyscy się zastanawiali, co wziąć na drogę. O Polsce mawiało się różne rzeczy, ale niewielu w to wierzyło.

W wieczór przed transportem siedzieliśmy z mamą w salonie i rozmawialiśmy, pijąc ziołową herbatę. Oskar zajął miejsce na kanapie i patrzył przez okno, prawie się nie odzywał, pozostali też ściszyli głosy albo mówili o zupełnych głupstwach – o uprawie kwiatów, o pogodzie w Krakowie, o jakimś meczu piłki nożnej – jakby udawali, że nic się właściwie nie dzieje. Zadzwonił dzwonek. Nikt nie wstał, ciocia Rózka spojrzała na mamę, która przytaknęła i poszła otworzyć. Za drzwiami stali sąsiedzi z okolicznych mieszkań. Bez słowa, jeden po drugim, weszli do środka, prześlizgnęli się koło mamy. Milczeli. Stali z zakłopotaniem. Następnie zaczęli zdejmować ze ścian obrazy. Zabierali wazy, otworzyli sekretarzyk i wyjęli srebrne sztućce. Bez jednego słowa.

Ciocia Rózka znów się rozgadała. O uprawie kwiatów, o pogodzie w Krakowie, o jakimś meczu piłki nożnej… Patrzyłem na nią, do oczu cisnęły jej się łzy – być może gdyby nie mówiła, załamałaby się. Głos jej się trochę trząsł, ale go opanowała.

Sąsiedzi zaś – ci sąsiedzi, którzy z nią rozmawiali o przepisie na ciasto czy wczorajszym deszczu – w tym czasie zabierali przedmioty z przeszklonej szafki, porcelanowe filiżanki, figurki, ściągnęli ze stołu haftowany obrus… A wuj Oskar z ciocią Rózką już tylko siedzieli, pili herbatę ziołową i nagle było jasne, że nic już nie jest ważne, ponieważ w garści ma ich malach ha-moves. Anioł śmierci. A sąsiedzi są tylko jego niewinnymi ministrantami.

Ze starego gramofonu płynęła ulubiona pieśń Oskara: „Świat nie lubi łez, tylko cię wyśmieje. Tylko tego lubi, kto się ciągle śmieje. Dlatego nigdy nie płacz, nawet jeśli w sercu żal…”.

Od tamtego czasu jest mi niedobrze, kiedy ją słyszę.

*

Peter Krištúfek, Dom Głuchego, przeł. Olga Stawińska, Książkowe Klimaty, Wrocław 2015.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj