Fragment książki „Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza”
Obcokrajowca najłatwiej poznać po szynce na talerzu.
„Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza”
Wydawnictwo Czarne/mat. pr.

„Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza”

Sanatorium pod koroną i marką

Obcokrajowca najłatwiej poznać po szynce na talerzu. Na śniadanie całe sanatorium gryzie salceson i pije kawę zbożówkę, a zagranicznemu podtykają szynkę i sok pomarańczowy. I nie ma się co dziwić.

– Każdy chce mieć u siebie jak najwięcej zagranicznych. To dodatkowe pieniądze i powód do dumy – mówi Danuta Adamska-Czepczyńska, naczelny lekarz uzdrowiska Kołobrzeg. – Dyrektorzy lubią się chwalić między sobą, kto ma więcej zagraniczniaków. A oni przyjeżdżają do tego, kto da im lepsze pokoje,

lepsze jedzenie i więcej atrakcji.

Zdzisław Janczarski, prezes sanatorium Kielczanka, otwiera kabinę. Włoska terakota, hiszpańska glazura, niemiecka spłuczka ceramiczna i tylko muszla klozetowa polska, za to wychodzi wprost ze ściany.

– Ja stawiam na nowoczesność – uśmiecha się do mnie. – A ubikacja to nasza wizytówka. Żeby przyjechali do mnie, muszą mieć lepiej niż u innych. Konkurencja jest bardzo duża.

Pierwszych gości z zagranicy prezes ściągnął do siebie dziesięć lat temu. Pojechał na targi turystyczne do Berlina, spotkał polonusów i pochwalił się, że z okien Kielczanki widać Bałtyk. Przyjechali, zobaczyli i zostali. Od tamtej pory Związek Polaków w Niemczech „Zgoda” załatwiał wizy i wysyłał polskich Niemców do Kołobrzegu. Inni dyrektorzy patrzyli z zazdrością, jak ci zostawiają tu marki. Choć z początku przyjeżdżało niewielu, dziesięć, piętnaście osób w turnusie.

– Dla nich wyremontowałem całe szóste piętro. A jak się z tym uporałem, to wziąłem się za piąte. I co roku schodziłem w dół. Tak wyremontowałem cały ośrodek – mówi Janczarski.

– Teraz może pan odpocząć.

– A basen? Gdybym miał kryty basen, to goście przyjeżdżaliby przez cały rok.

– To jest cel, do którego zmierzam. – Prezes Janczarski podrywa się, bo na biurku dzwoni telefon. – Jak tam w Bohum? – rzuca do słuchawki, a do mnie szepce półgłosem: – Widzi pan, teraz sami do mnie dzwonią. – I znów do słuchawki: – Jak przyjedziecie, nie poznacie Kielczanki. Biura wyremontowane, jadalnia jak nowa, a teraz będziemy kładli dach nad gankiem.

Prezes Janczarski pamięta, że jeszcze kilka lat temu Kołobrzeg był szary i smutny. A teraz? Gdy rozsiada się w swoim fotelu, to przyszłość widzi różowo.

– Borowiny, solanki, mikroklimat – wylicza na palcach. – Jak wybudują tu autostrady, lotniska, to Niemcy i Skandynawowie tylko do nas będą przyjeżdżać.

Kto ministerialny, a kto komercyjny

W holu Kielczanki jak w luksusowym hotelu: marmury i skórzane fotele. W recepcji człowiek w garniturze z przyklejonym uśmiechem śmieje się do każdego, kto pojawi się w wielkich szklanych drzwiach.

Po korytarzu snują się starsi panowie w dresach i tenisówkach. To znaczy, że wracają z kąpieli błotnych w zakładzie przyrodoleczniczym. Bo jak idą na spacer, wkładają znoszone garnitury.

– To ministerialni – szepce portier. A to znaczy, że z napiwkami może się pożegnać, bo oni z każdym groszem się liczą. Więc portier wzdycha: – Komercyjni przyjadą dopiero wtedy, jak się zrobi cieplej.

Gdy nadchodzi wieczór, ministerialni siadają z kuflem piwa pod żółtymi parasolami i patrzą, jak po promenadzie przelewa się tłum.

Bo komercyjni przyjeżdżają, kiedy chcą odpocząć, a ministerialni – kiedy lekarz da im skierowanie. Ministerstwo Zdrowia płaci za wysyłanych przez lekarzy kuracjuszy dwadzieścia jeden złotych dziennie.

– Wie pan, ile ja muszę do nich dokładać? – pyta prezes. – Czterdzieści złotych za każdy dzień.

– Z czego pan dopłaca?

– No z tego, co zarobię na komercyjnych.

Komercyjnym może być każdy, ale przeważnie jest to Niemiec. Za dzień pobytu płaci sześćdziesiat pięć złotych. Za to ma w pokoju telewizor, telefon, lodówkę i wsad do kotła, czy raczej garnka, za osiemnaście złotych dziennie, a nie jak inni – za sześć.

– Komercyjny może u mnie pić kawy, ile zechce, soków, ile zechce. Ma ciasta, owoce, żółty ser i kilka potraw do wyboru.

– A inni?

– Jak zaczną płacić, to też będą mieć.

– Ministerialni nie patrzą w komercyjne talerze z zazdrością?

– Staram się, by nie spotykali się przy posiłkach.

Kielczanka i trend

Zdzisław Janczarski uważa, że bardzo ważna jest kuchnia.

Podpatrywał, jak robią to inni, i przeniósł do Kielczanki światowe trendy. Gdy wrócił z Grecji i Hiszpanii, zapowiedział rewolucyjne zmiany. Powiedział personelowi, że stoły szwedzkie to już światowy standard, wiec powinny się pojawić i w Kielczance.

– Były pewne obawy, że nam się to może nie opłacić, gdyby jedli tylko szynkę i salami – wspomina prezes. – Tak było przez pierwsze dwa dni, ale ja byłem spokojny. Wiedziałem, że szybko im się znudzi. Po kilku dniach tylko dżemik i masełko schodziło, a na szynkę nikt nie spojrzał. I co się okazało? Że stoły są bardziej opłacalne niż zwykłe śniadania.

Kolejna nowość: każdy kuracjusz może sobie wyprawić bankiet w stołówce.

Prezes Janczarski pamięta, że pierwsza taka uroczystość odbyła się pięć lat temu. Przyszedł do niego komercyjny z Niemiec, położył czterysta marek na biurku i poprosił o przyjęcie urodzinowe. Janczarski postawił kuchnię w pogotowiu i ściągnął orkiestrę. Gdy na sali pojawił się urodzinowy tort, nad uchem jubilata grał wynajęty skrzypek. A potem Niemiec powiedział prezesowi, że od osiemdziesięciu czterech lat nie miał takiego bankietu.

– Najważniejsze, żeby umieć się przystosować do zmian.

Wyjątkowo wrażliwy przemysł

Na mapie Kołobrzeg jest trójkolorowy.

Niebieską plamę morza od żółtej Starówki odcina pas zieleni. To właśnie tereny uzdrowiska.

Przez ostatnie dziewięć lat kurort przypominał wielki plac budowy. Każde z dwudziestu trzech sanatoriów coś chciało zmienić i usprawnić. Wyrzucano tapczany pamiętające Gomułkę i Gierka. Przebudowywano pokoje. Przed sanatoriami wyrosły kolorowe trawniki, mosiężne lampy, a na tyłach ogródki, gdzie można pić piwo, śpiewać i palić ogniska.

– Kiedyś znajdowano pieniądze na wybudowanie jedenastopiętrowego gmaszyska, a brakowało na basen, kort czy kręgielnię. Jak przyjechał tu facet zmęczony budową socjalizmu, mógł tylko leżeć w łóżku, bo nikt nie pomyślał, że mógłby odpoczywać czynnie. Oprócz wody i plaży musi być tu coś jeszcze. I my to musimy zrobić – mówi prezydent Kołobrzegu Henryk Bieńkowski, który chciałby, żeby miasto miało swój aquapark (budowa ruszy wkrótce), halę widowiskową (budowa zakończy się wkrótce), baseny i korty. – Przemysł turystyczny jest cholernie wrażliwy. Jak coś się ludziom w głowach przekręci, to pojadą sobie na Kajmany, a nie do nas.

Kto płaci, nie je salcesonu

Doktor Danuta Adamska-Czepczyńska, naczelny lekarz uzdrowiska, z niepokojem patrzy, jak kurort się przeobraża.

– Boję się, że zrobi się z tego jarmark, hotel stać będzie przy hotelu, jak w Hiszpanii.

– A co w tym złego?

– Naszym atutem jest cisza, szum morza, wody mineralne i solanki. Niemcy czy Szwedzi przyjeżdżają tu właśnie po to.

Do doktor Adamskiej-Czepczyńskiej przychodzą kuracjusze (wysłani przez Ministerstwo Zdrowia) poskarżyć się na jedzenie. Mówią, że zagraniczni mają lepiej. Dostają lepsze jedzenie i mają dokładki, a oni nie. Wtedy doktor tłumaczy ministerialnym, że komercyjni płacą za swój pobyt, a do nich trzeba dokładać.

– Jak ktoś płaci, to nie po to, żeby jeść salceson. A inni nie mają wyjścia, muszą zjeść to, co im dadzą – tłumaczy.

Zresztą dyrektorzy, którzy mają u siebie dużo zachodnich gości, coraz głośniej mówią o tym, że zrezygnują ze współpracy z Ministerstwem Zdrowia. Przychodzą do doktor Adamskiej-Czepczyńskiej i straszą, że poradzą sobie sami, że nie potrzebują ministerialnych kuracjuszy, że są dla nich balastem, bo muszą do nich ciągle dopłacać. Straszą, że na zimę zamkną ośrodek.

– Już dawno by to zrobili, ale nie mają odwagi – mówi lekarka.

– Na zimę musieliby zwolnić cały personel, by latem znów przyjąć tych samych ludzi. Na to związki zawodowe nigdy się nie zgodzą.

Oni zamarli, my się ożywimy

Jerzy Mikołajewski od kilku miesięcy przekonuje dyrektorów kołobrzeskich sanatoriów, że warto ruszyć na podbój Skandynawii. W styczniu zorganizował im wyjazd na targi do Oslo, a w marcu do Göteborga. I zaraz w biurach rozdzwoniły się telefony. Skandynawowie pytali, jak dojechać, jakie są warunki i czy drogo.

Jerzy Mikołajewski pierwszy raz był w Szwecji trzydzieści lat temu, w czasie wakacji. Był wtedy studentem i dorabiał w znanym uzdrowisku – Ramlesa. Miasteczko tętniło życiem i wciąż potrzebowało nowych rąk do pracy.

Gdy niedawno znów odwiedził to miejsce, stwierdził, że uzdrowisko zamarło. Taki los podzieliły wszystkie szwedzkie sanatoria. Skończyły się dotacje, więc sanatoria upadły.

– I to jest właśnie szansa dla nas. Skandynawia jest bogata i ma dużo ludzi w podeszłym wieku. Nie mają już bazy uzdrowiskowej, więc mogliby skorzystać z naszej. Wystarczy ich przekonać do przyjazdu i zacząć na nich zarabiać – mówi.

– Co więc stoi na przeszkodzie?

– Język. Szwedzi po pięćdziesiątce nie znają języków, a biura stawiają warunek: przyślą ludzi, ale na miejscu musi być ktoś, kto choć trochę włada szwedzkim. Zaproponowałem dyrektorom szkolenie personelu. Wystarczy, że na początek poznają dwieście najważniejszych słówek, a już będą się mogli porozumieć z gośćmi.

Węgiel nad morzem

Jedynym kołobrzeskim sanatorium, które ma swoje zagraniczne biuro, jest Węgiel Brunatny. W Göteborgu jego przedstawicielem jest Włodzimierz Mikucki. Przyjechał do Szwecji trzynaście lat temu założyć biuro Polskiej Żeglugi Bałtyckiej. Przez kilka lat sprzedawał bilety na promy do Gdyni i Świnoujścia. Dziś jest współwłaścicielem firmy Östersjöresor (Podróże po Bałtyku), która już sześć lat wysyła Szwedów do Kołobrzegu. Węgiel Brunatny jest właścicielem pięćdziesięciu jeden procent udziałów w tej firmie.

– Do Kołobrzegu Szwedzi jeździli jeszcze przed wojną, kiedy się nazywał Bad Kolberg, więc miejsce nie było im obce.

W pierwszym roku działalności Östersjöresor wysłał do Kołobrzegu stu kuracjuszy, a w ubiegłym – prawie sześciuset.

– Jeśli będą tylko miejsca, to i ze dwa tysiące ludzi będę mógł rocznie tam wysłać – mówi dyrektor Mikucki.

– A co się Szwedom najbardziej podoba w Kołobrzegu? – pytam.

– Ceny.

Tirlitonki trelują dla Szwedów

Bożena Bukowiecka sześć lat temu przeczytała ogłoszenie, że sanatorium Węgiel Brunatny szuka kogoś ze znajomością szwedzkiego. Trochę znała. Nauczyła się przy zbieraniu truskawek w Szwecji.

Teraz, gdy w ośrodku zjawiają się Szwedzi, pani Bożena jest ich przyjaciółką, tłumaczem i przewodnikiem. Dba o to, żeby przez dwa tygodnie pobytu zbytnio się nie nudzili.

Turnusy są podobne do siebie.

Podjeżdża autokar pod sanatorium. Gości wita dyrektor Ryszard Woźniak. Potem powitalna kolacja zakrapiana wódką (jak ciepło, to ognisko w ogródku).

Następnego dnia zwiedzanie kołobrzeskiej Starówki, wizyta w ratuszu, wyjazdy na zakupy do Koszalina Są też gościnne występy aktorów koszalińskiego teatru i szczecińskiej operetki oraz tańce dzieci z zespołu Tirlitonki.

Dyrektor załatwił nawet szwedzkie książki do biblioteki.

– Chyba im się to podoba, bo niektórzy byli już dziewięć razy – mówi Bukowiecka.

Niektórzy goście dzwonią do niej potem ze Szwecji. Proszą, żeby koniecznie ich odwiedziła. Już raz z takiego zaproszenia skorzystała. Przez tydzień była gościem kilku kuracjuszy.

Kto przyjeżdża do Węgla?

Z obserwacji pani Bukowieckiej wynika, że emerytowani nauczyciele, ekspedientki, dziennikarze i rolnicy. Żydzi rosyjscy, polscy, emigranci z Polski. Rzadziej rodowici Szwedzi. Wiek od pięćdziesięciu do dziewięćdziesięciu lat.

Pani Rita prowadzi doga

Polski Niemiec Tadeusz Woźniak dowiedział się o Kołobrzegu z ogłoszenia w gazecie. Od pracy w kopalni bolały go plecy, więc wziął urlop i przyjechał do sanatorium Kolar Life.

Rano idzie na masaż, potem na bicze szkockie, a po południu panie masażystki okładają go gorącą parafiną. Ale najważniejsze, że blisko stąd do morza; chodzi wdychać jod.

– Gdybym chciał się leczyć u Niemców, dwa razy tyle bym musiał zapłacić – mówi.

Oprócz niego w Kolarze jest jeszcze dwóch rodowitych Niemców. Josef Materzok, emerytowany tokarz z Westfalii, mówić łamaną polszczyzną nauczył się podczas ostatniej wojny.

– Jak był jeszcze system ludowy, to takie szlupaki stawały na granicy i grzebały w torbie. A teraz człowiek wsiada w auto i może przejechać tam, gdzie powietrze zdrowe na płuca.

Najbardziej podoba mu się to, że ludzie w Polsce ciągle pytają, czy nie mogliby w czymś pomóc, uśmiechają się i są tacy wyrozumiali.

Nikt złego słowa nie powiedział, gdy pani Rita z pokoju obok przyjechała z dogiem.

Tylko sprzątaczki chichoczą, gdy na sanatoryjnym korytarzu pojawia się wielki czarny pies.

***

Cezary Łazarewicz, Tu mówi Polska. Reportaże z Pomorza, Wydawnictwo Czarne: Wołowiec 2017, s. 304. Powyższy reportaż pierwotnie ukazał się w „Magazynie” nr 21 (dodatek do „Gazety Wyborczej”, 22 maja 1998).

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj