Fragment książki „Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha”
Chodził bezszelestnie. Dlaczego? Bo my najpierw stawiamy piętę, a dopiero potem palce.
Okładka książki „Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha”
Wydawnictwo Czarne/mat. pr.

Okładka książki „Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha”

Towarzysze broni Sat-Okha, choćby jego dowódca – generał Kazimierz Załęski pseudonim „Bończa”, potwierdzali, jakim niezwykłym był żołnierzem. Opowiadali, jak w lesie uczył ich chodzić do tyłu, żeby ślady zmyliły pościg1. Najpierw szła szpica, potem po jej śladach reszta oddziału, a Niemcom wydawało się, że partyzanci poruszali się w przeciwną stronę. Uczył kolegów jeść korzonki, kiedy przymierali głodem. „Brał kępkę jagód, oczyszczał korzonki, ssał i nas do tego zachęcał” – wspominał „Burza”, Bogdan Majewski, przyjaciel Sat-Okha z lasu.

– Chodził bezszelestnie. Dlaczego? Bo my najpierw stawiamy piętę, a dopiero potem palce. I gałązka trzaska. Indianin czubkami palców wyczuwał gałązkę i zdążył nogę w bok przesunąć. Albo jak szli na akcję pod wiadukt, żeby wysadzić go razem z transportem. Niemcy pilnowali przy wodzie, na moście, wokół mostu. A on schodził pod wodą, miał w torbie ładunki wysmarowane łojem bydlęcym, żeby nie zamokły. Podpływał w nocy, siadał pod filarem, widział, gdzie wartownik chodzi, bo wartownik papierosa palił, iskrzyło się. A Indianin do ciemności przyzwyczajony. Zakładał ładunki, ciągnął kabelki, ukrywał się za krzakami. Jak się pociąg zbliżał, to odpalał: Bum!!! Wysadzał w powietrze, uciekał. Zawsze jakieś pięćset metrów od mostu miał konia ukrytego – takie rzeczy o Sat-Okhu opowiadał choćby Jan Kłodziński.

Kłodziński, właściciel pensjonatu w Wymysłowie pod Tucholą i kustosz Muzeum Indian Północnoamerykańskich imienia Sat-Okha, tak opowiada o szczegółach ucieczki Supłatowicza z transportu do Auschwitz:

– To był kwiecień, brzózki już się zieleniły. Parowóz huczy, esesmani krzyczą, co chwila strzał pada. A on oderwał jakąś gałąź. Nic w ustach nie miał od trzech dni, chciał pączki objeść. I tak zrobił. Zagnali go do wagonu, on tę gałąź spod pazuchy wyjął, to już był wieczór, więc nikt nie zauważył. Na jakimś postoju pod latarnią dostrzegł prześwit, a to okno było niewielkie pod sufitem w bydlęcym wagonie. Dobrze się przyjrzał i zauważył, że gwoździe pod oknem zagięły się. Twarda deska, nie chciały przejść i tak Niemcy zostawili prowizorkę taką, tylko drutem kolczastym z drugiej strony zasłonili. Sat wziął ten patyk gruby, potem mówił, że ten brzozowy patyk mu życie uratował. Wziął ten patyk, zaczął dłubać przy desce, obluzował jedną, spadła do środka wagonu. Wytłukł nią resztę desek z okna. Po przekątnej druty kolczaste odgiął, wyczołgał się na dach. Zsunął się na bok wagonu, otworzył drzwi suwane i jeszcze chyba drugi i trzeci wagon otworzył. Nie pamiętał dokładnie, bo już zaczęła się strzelanina. Pociąg wjechał w tunel i Sat wyskoczył.

Trochę to inna opowieść niż ta zarejestrowana przez Drygasa i Zembatego, ale ta historia jest jak domek z kart, do których każdy, kto chce, dokłada swoją. Ludzie zadawali mu pytania, Sat-Okh odpowiadał, czasem to oni odpowiadali za niego, dopisywali mu własne wyobrażenia o tym, kim powinien być „polski Indianin”, jak powinien się zachować, co powinien przeżyć. Najpierw mówili o nim ci, którzy go znali, potem – gdy najstarsi przyjaciele Sat-Okha umierali – opowiadali ci, którzy znali jego znajomych, potem jeszcze ci, którzy słyszeli coś od tych, którzy coś słyszeli. Chcieli mieć polskiego Indianina, sami ubarwiali jego życie, a potem on wyjaśniał, co jest prawdą, a co zmyśleniem.

Innemu przyjacielowi, indianiście Janowi Rzatkowskiemu, opowiadał, jak kiedyś musieli ogolić na łyso Polkę, która trzymała z esesmanem. Poszli do niej, ogolili jej głowę i powiedzieli, że jak się jeszcze raz z nim spotka, to przyjdą i dostanie kulę. Opowiadał o Niemcu, którego przesłuchiwali – nie chciał mówić i Sat go podpiekł: podwiesił go na drzewie, rozpalił pod nim ogień i śpiewał swoje indiańskie pieśni. Opowiadał, jak niemieckiego kolejarza załatwili i zabrali mu broń. Albo jak chodził po Radomiu z rurą metalową owiniętą gazetą, obezwładniał Niemców i zabierał im broń.

Sam Sat-Okh niedługo przed śmiercią wyjawił jeszcze jeden fascynujący szczegół swojego wojennego życia. W filmie nakręconym przez Klaudiusza Jankowskiego mówił: „Należałem do oddziału Polski Walczącej, z kolegami żeśmy do uwięzionych w getcie Żydów podchodzili. Były dwie grupy – jedna odciągała Niemców, druga przerzucała przez ogrodzenie lekarstwa, żywność, papierosy. Mieliśmy w domu taki podłużny pokój, matka przerobiła go na kwadrat, ściana była zrobiona sztucznie i za tą ścianą była kryjówka. Ukrywała matka tam młodą Żydówkę. Ta mała Żydówka została do końca wojny, matka jej uratowała życie.

Wykradliśmy z getta rodzinę Icka Friedmana, jakiś czas chował się w pomieszczeniu za tą drugą ścianą, chował się wraz z rodziną, a później odesłali ich na jakąś melinę na wieś daleko”.

Ryszard Bugajski chciał o nim kręcić film. Powstał scenariusz, przygotowano dokumentację, również w północnej Kanadzie, w miejscach, gdzie Sat-Okh się urodził i spędził dzieciństwo. W jednym z wywiadów Supłatowicz mówił, że jego ojca w filmie miał zagrać znany kanadyjski aktor Graham Greene, a matkę – Nicole Kidman.

– Chciałem robić ten film w koprodukcji z Kanadyjczykami – mówi Ryszard Bugajski. – Jeśli do niej by doszło, nic nie byłoby wykluczone. W roli Sat-Okha chciałem obsadzić Polaka, być może Krzysztofa Majchrzaka.

Ryszard Bugajski nie wcielił pomysłu w życie, nie udało się zebrać pieniędzy, choć jak mówi, sprawa nie jest zamknięta.

– Ten film miał również opowiadać o ludziach, którzy chcieli zniszczyć jego mit. W Polsce lubimy niszczyć legendy.

Legenda broniła się sama. Adam Bartosz, wybitny antropolog, były dyrektor Muzeum Etnograficznego w Tarnowie, gościł Sat-Okha w 1993 roku.

– Urządziliśmy wystawę na temat Indian północnoamerykańskich, przywieźliśmy z Gdańska mnóstwo przedmiotów należących do Sat-Okha, on sam też przyjechał.

Rozstawiliśmy eksponaty i wieczorem przed wernisażem usiedliśmy przy wódce, opowiedział nam swoją historię, po czym tak żartem ktoś pyta, czy mógłby nam ducha wygonić z budynku. Bo w budynku naszego muzeum od lat mieszka duch. Dosyć natarczywy duch, skrzypi podłoga, drzwi trzaskają, obrazy ze ścian spadają, książki w powietrzu latają. U nas prawie same kobiety pracują, one się jakoś do tego ducha przyzwyczaiły, ale był napastliwy i przeszkadzał, więc dziewczyny zaczęły żartować, że może Sat-Okh by go wygonił.

Na co Sat mówi, że oczywiście, nie ma problemu, on sobie z takim duchem spokojnie da radę. Założył pióropusz, wziął jakąś wielką muszlę, coś do niej nasypał, jakichś kadzideł, orlimi piórami machał nad tą muszlą, przechodził po wszystkich pomieszczeniach muzeum i coś tam mruczał pod nosem, potem tańczył. Nas to trochę śmieszyło, ale on był zupełnie poważny. Tu bankiet przed otwarciem wystawy, a on zmienił się w jednej chwili z rozbawionego, lekko wstawionego faceta w jakiegoś szamana. Potańczył na koniec i mówi: Chcieliście, to macie, bylebyście nie żałowali.

Myśmy o tym zapomnieli, ale po jakimś czasie kobiety w muzeum zauważyły, że ducha nie ma. I rzeczywiście, nie było go, przestało straszyć. Sat-Okh ducha wygonił. Nam się głupio zrobiło, bo ten duch to była też taka trochę nasza atrakcja promocyjna. Wszyscy znali tę historię, ludzie przyjeżdżali do muzeum, żeby pobyć w domu, w którym straszy, dziennikarze opisywali. Straciliśmy atrakcję.

Ale wrócił. Gdzieś w połowie 2003 roku znów się objawił i to bardzo agresywnie. Wrócił, kiedy Sat-Okh umarł. I ten duch jest w naszym muzeum do dzisiaj.

***

Dariusz Rosiak, Biało-czerwony. Tajemnica Sat-Okha, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2017, s. 272.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj