Fragment książki „Born to run”
Gdy pada deszcz, para zawarta w wilgotnym powietrzu spowija nasze miasto wonią fusów dolatującą z fabryki Nescafé na wschodnich obrzeżach miasta.
Okładka książki „Born to run”
mat. pr.

Okładka książki „Born to run”

Dla Patti, Evana, Jess i Sama

Pochodzę z miasteczka z nadmorską promenadą, gdzie niemal wszystko zabarwione jest odrobiną oszustwa. Ja też.

W wieku dwudziestu lat nie byłem buntownikiem jeżdżącym wyścigowym samochodem, tylko grałem na gitarze na ulicach Asbury Park i już zajmowałem mocną pozycję wśród tych, którzy „kłamią” w służbie prawdy – artystów przez małe „a”. Miałem jednak ewidentne atuty: byłem młody, miałem za sobą prawie dziesięć lat hardkorowych występów w barach z grupą dobrych domorosłych muzyków, którzy dopasowali się już do mojego stylu, oraz historię do opowiedzenia.

Ta książka to zarówno kontynuacja tej historii, jak i poszukiwanie jej źródeł. Punktem odniesienia było dla mnie to, co zdarzyło mi się w życiu i co, jak sądzę, wpłynęło na kształt tej historii i moje występy na estradzie. Jedno z pytań, które wciąż zadają mi fani na ulicy, brzmi: „Jak ty to robisz?”. Na następnych stronach spróbuję rzucić trochę światła na to, jak i – co ważniejsze – dlaczego to robię.

Rock’n’rollowy zestaw ratunkowy

DNA, wrodzone zdolności, nauka rzemiosła, rozwój i poświęcenie się pewnej filozofii estetycznej, nieskrywane pragnienie… sławy? miłości? podziwu? zainteresowania? kobiet? seksu? no i… forsy. W takim razie… jeśli chcesz dotrzeć do kresu nocy, konieczny jest zabójczy ogień, który po prostu… nie… przestaje… płonąć.

Oto kilka mogących ci się przydać rzeczy, gdybyś stanął przed osiemdziesięcioma – bądź osiemdziesięcioma tysiącami – krzyczących miłośników rock’n’rolla, którzy czekają, aż zaczniesz robić swoje magiczne sztuczki, aż ni stąd, ni zowąd wyciągniesz z kapelusza coś nie z tego świata, coś, co było tylko podsycaną piosenkami pogłoską, zanim tego dnia zgromadzili się wierni.

Jestem tu, żeby dostarczyć tym wiecznie nieuchwytnym i niezupełnie wiarygodnym „nam” dowód życia. To moja magiczna sztuczka. I jak wszystkie dobre sztuczki zaczyna się od przygotowania. A zatem…

KSIĘGA PIERWSZA. DORASTANIE

Moja ulica

Mam dziesięć lat i znam każde pęknięcie i szczelinę w rozsypującym się chodniku biegnącym wzdłuż mojej ulicy – Randolph Street. Popołudniami jestem tutaj Hannibalem przekraczającym Alpy, żołnierzem toczącym zaciekłą walkę w górach i jednym z niezliczonych bohaterskich kowbojów przemierzających skaliste szlaki Sierry Nevady. Gdy leżę brzuchem na kamieniach, obok mrowisk, które pojawiają się niczym maleńkie wulkany na styku ziemi i betonu, mój świat rozciąga się w nieskończoność, a przynajmniej aż do domu Petera McDermotta na rogu Lincoln i Randolph, jedną przecznicę dalej.

Po tych ulicach wożono mnie w wózku, na nich stawiałem pierwsze kroki i tam dziadek uczył mnie jeździć na rowerze; tam też zaliczałem swoje pierwsze bójki, po których czasem dawałem nogę. To na nich poznałem głębię prawdziwych przyjaźni i płynącą z nich pociechę, to tam po raz pierwszy poczułem napięcie seksualne, a w czasach przed upowszechnieniem klimatyzatorów obserwowałem wieczorami, jak werandy zapełniają się sąsiadami szukającymi okazji do rozmowy oraz wytchnienia od letniego skwaru.

Tutaj, w heroicznych turniejach ulicznych kręgli, uderzałem pierwszą z setki różowych kauczukowych piłek w pięknie wyprofilowaną krawędź chodnika przed domem. Wspinałem się na spiętrzone przez pracujące w środku nocy pługi pryzmy brudnego śniegu, przechodząc po nich od rogu do następnej przecznicy, Edmund Hillary z New Jersey. Ja i moja siostra regularnie wystawaliśmy niczym gapie, zaglądając do kościoła na rogu naszej ulicy przez wielkie drewniane drzwi; byliśmy świadkami odwiecznej rewii chrztów, ślubów i pogrzebów. Śledziłem mojego przystojnego, niechlujnie eleganckiego dziadka, gdy wędrował chwiejnym krokiem, ze sparaliżowaną lewą ręką przy piersi, „ćwicząc” po wyniszczającym udarze, po którym nigdy nie doszedł do siebie.

W ogródku przed naszym domem, zaledwie metr od werandy, stoi największe drzewo w mieście, strzelisty buk czerwonolistny. Tak bardzo góruje nad naszym domem, że wystarczyłoby jedno celne uderzenie pioruna, a wszyscy zginęlibyśmy jak ślimaki rozgniecione małym palcem Boga. Nocą, gdy przetacza się nad nami burza i błyskawice zabarwiają naszą sypialnię na błękitno, obserwuję jego ramiona ożywające na wietrze wśród białych błysków i leżę, martwiąc się o mojego przyjaciela potwora. W słoneczne dni jego korzenie są fortem dla moich żołnierzy, zagrodą dla koni i moim drugim domem. Mam zaszczyt być pierwszą osobą w naszym kwartale, która wspięła się na jego wierzchołek. To moja ucieczka przed wszystkim, co na dole. Godzinami wędruję wśród gałęzi, stłumione głosy moich kumpli dolatują z chodnika pod drzewem, gdy próbują śledzić trasę mojej wędrówki. W spokojne letnie wieczory ja i moi kumple – kawaleria o zmierzchu – przesiadujemy pod ospałymi ramionami buka, czekając na dzwonki lodziarza i porę snu. Słyszę głos wzywającej mnie babci, ostatni dźwięk długiego dnia. Wchodzę na werandę od frontu, okna naszego domu jarzą się w letnim półmroku; pozwalam, by ciężkie drzwi zamknęły się za mną, i razem z siedzącym w dużym fotelu przed piecykiem naftowym dziadkiem przez mniej więcej godzinę patrzymy w ekran małego czarno-białego telewizora, który rozświetla pokój i rzuca widmowe cienie na ściany oraz sufit. Później zapadam w sen w najwspanialszym i najsmutniejszym sanktuarium, jakie kiedykolwiek poznałem – w domu moich dziadków.

Mieszkam tu z moją młodszą o rok siostrą Virginią, z rodzicami – Adele i Douglasem Springsteenami, z dziadkami – Fredem i Alice oraz z psem Combrem. Mieszkamy, dosłownie, na łonie Kościoła katolickiego, o rzut futbolówką przez zarosłe burzanem pole od probostwa, żeńskiego zakonu, kościoła św. Róży z Limy oraz szkoły podstawowej.

Chociaż Bóg góruje nad nami, tutaj otaczają go ludzie – a dokładniej szaleńcy. Moja rodzina ma pięć domów stojących tak, że tworzą literę L, i przylegających na rogu do kościoła z czerwonej cegły. W czterech mieszkają staromodni Irlandczycy, ludzie, którzy mnie wychowują – McNicholasowie, O’Haganowie, Farrellowie – a po drugiej stronie ulicy znajduje się samotna placówka Włochów, którzy urozmaicili moje wychowanie. Tworzą ją członkowie pochodzących z Sorrento rodzin Sorrentino i Zerillich, którzy trafili tu przez Brooklyn i Ellis Island. Tutaj mieszka matka mojej mamy, Adelina Rosa Zerilli, starsza siostra mamy, Dora, mąż Dory – Warren (Irlandczyk, rzecz jasna) oraz ich córka, starsza ode mnie kuzynka Margaret. Ona i mój kuzyn Frank są mistrzami jitterbuga, wygrywają konkursy taneczne i zdobywają trofea na całym wybrzeżu New Jersey.

Klany te rzadko utrzymują kontakty towarzyskie z ludźmi z naprzeciwka, choć nie zachowują się też nieżyczliwie.

Dom, gdzie mieszkam z dziadkami, jest własnością babci ze strony mojej matki, mojej prababki „Nany” McNicholas, która mieszka przy tej samej ulicy i jest w doskonałej formie. Powiedziano mi, że pierwsze nabożeństwo i pierwszy pogrzeb w naszym mieście odbyły się u nas w salonie. Mieszkamy tu pod czujnym okiem ciotki Virginii, starszej siostry mojego ojca, która w wieku pięciu lat zginęła pod kołami ciężarówki, gdy na swoim trzykołowym rowerze przejeżdżała obok stacji benzynowej na rogu. Jej portret wisi na ścianie, tchnąc upiorną wonią i opromieniając swoim niefortunnym losem nasze rodzinne spotkania.

To utrzymany w tonacji sepii oficjalny portret małej dziewczynki w staromodnej sukience z białego lnu. W świetle tego, co się stało, jej na pozór łagodne spojrzenie komunikuje: „Uważaj! Świat jest niebezpiecznym i bezlitosnym miejscem, w którym strącą cię z rowerka w martwą, czarną otchłań tego, co nieznane, i będzie cię brakować tylko tym biednym, nierozważnym i nieszczęsnym ludziom”. Jej matka, moja babcia, usłyszała to przesłanie głośno i wyraźnie. Po śmierci córki spędziła dwa lata w łóżku, a na czas rekonwalescencji wysłała mojego ojca, dziecko zaniedbane i cierpiące na krzywicę, na przedmieścia, by mieszkał tam z innymi krewnymi.

Mijał czas; mój ojciec rzucił szkołę w wieku szesnastu lat i zaczął pracować jako chłopiec na posyłki w wytwórni dywanów Karagheusiana, pełnej krosien i ogłuszającego dzwonienia maszyn fabryce, która rozciągała się po obu stronach Center Street w części miasta zwanej Teksasem. Dwa lata później wyruszył z Nowego Jorku na wojnę na pokładzie Queen Mary. Służył jako kierowca ciężarówki podczas niemieckiej ofensywy w Ardenach, zobaczył ten niewielki skrawek świata, jaki miał zobaczyć, i wrócił do domu. Grał, i to bardzo dobrze, w bilard za pieniądze. Poznał moją matkę i zakochał się w niej, obiecując, że jeżeli za niego wyjdzie, to on zdobędzie stałą pracę (dzwonek alarmowy!). Pracował z jej kuzynem, Davidem „Dimem” Cashionem, na linii produkcyjnej w zakładach Forda w Edison i wtedy pojawiłem się ja.

Dla mojej babci byłem pierworodnym dzieckiem jej jedynego syna i pierwszym niemowlęciem w domu od czasu śmierci jej córki. Moje narodziny przywróciły jej cel w życiu. Z zapamiętaniem skorzystała z okazji. Jej misją stało się całkowite uchronienie mnie przed światem wewnętrznym i zewnętrznym. Niestety, jej pełne determinacji, ślepe poświęcenie miało doprowadzić do sporów z moim ojcem i wzajemnych uraz oraz ogromnego zamieszania w rodzinie. Miało to nas wszystkich pociągnąć w dół.

Gdy pada deszcz, para zawarta w wilgotnym powietrzu spowija nasze miasto wonią fusów dolatującą z fabryki Nescafé na wschodnich obrzeżach miasta. Nie lubię kawy, ale lubię ten zapach. Dodaje otuchy; jednoczy mieszkańców miasta we wspólnym doświadczeniu zmysłowym; to dobra branża, podobnie jak wytwórnia dywanów, która wypełnia nasze uszy hałasem, daje pracę i sygnalizuje, jak żywotne jest nasze miasto. To miejsce – słychać je i czuć – gdzie ludzie tworzą życie, odczuwają ból, cieszą się drobnymi przyjemnościami, grają w bejsbol, umierają, kochają się, rodzą dzieci, upijają się w wiosenne wieczory i robią, co mogą, żeby powstrzymać demony, które usiłują zniszczyć nas, nasze domy, nasze rodziny i nasze miasto.

Żyjemy tu w cieniu kościelnej wieży, gdzie święta kosa trafia na kamień rzeczywistości, a wszyscy w szemrany sposób cieszą się miłosierdziem Bożym w ekscytującym, zniewalającym, tworzącym warunki do zamieszek na tle rasowym, nieznoszącym dziwaków, budzącym miłość oraz strach i łamiącym serce mieście Freehold w stanie New Jersey.

No to zaczynajmy.

***

Bruce Springsteen, Born to run, tłum. Marek Fedyszak, Wydawnictwo Sonia Draga, Katowice 2017, s. 510

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj