Fragment książki „Coś z tą Polską”
Sytuację kultury polskiej trudno opisać za pomocą sądów kategorycznych, paradoks polega bowiem na tym, że nigdy nie było tak źle jak dzisiaj, ale zarazem nigdy nie było tak dobrze.
Okładka książki „Coś z tą Polską”
Polityka

Okładka książki „Coś z tą Polską”

Pożytki z choroby

Ostatnio mam wrażenie, że o kulturze piszą lekarze: chora kultura, zawał, zapaść, jak uzdrowić kulturę – oto słowa powtarzające się w tytułach prasowych publikacji najczęściej. Niestety, nie są to recepty, lecz zwykle jedynie tzw. karty choroby opisujące najbardziej rzucające się w oczy symptomy. Chyba ostatnim człowiekiem, który przekonywał, że kultura polska nadal rozkwita, a wspaniałych twórców może nam pozazdrościć pół świata, był prof. Aleksander Krawczuk, minister w poprzednim rządzie. Ten optymizm wielu drażnił, także wychwalanych artystów. Znakomity znawca starożytności przypominał lekarza – znowu medyczne porównanie – który wmawia pacjentowi zdrowie, gdy ten przygotowuje się już na śmierć i brakuje mu woli, by walczyć z chorobą.

Zapewne Krawczuk nie zachował umiaru w swym optymizmie, ale kto wie, czy nie jeszcze bardziej przesadzone są przyjmowane dzisiaj jako pewnik twierdzenia o totalnym kryzysie i pustyni pochłaniającej ostatnie oazy prawdziwej sztuki. Wątpliwości takie wzbudza we mnie każdy kolejny artykuł o zapaści w dowolnej branży. W teatrze permanentny kryzys, a przecież są wybitne przedstawienia, na które nie można dostać biletów. Kinematografia się rozpada – nasi reżyserzy zdobywają wciąż premie na najbardziej prestiżowych festiwalach, zaś zainteresowanie filmem polskim nigdy chyba nie było tak duże jak obecnie. Najłatwiej pisać o uwiądzie literatury, a najbardziej poszukiwane tytuły, coraz ich więcej, sprzedaje się „spod lady”.

Nie ma reguły bez wyjątku, ale wielość wyjątków każe się zastanowić, czy w regule nie tkwi błąd. Sytuację kultury polskiej trudno opisać za pomocą sądów kategorycznych, paradoks polega bowiem na tym, że nigdy nie było tak źle jak dzisiaj, ale zarazem nigdy nie było tak dobrze. Kultura niewątpliwie choruje, ale z tego zasłabnięcia mogą też wynikać pewne pożytki. Oto moja główna teza, którą chciałbym obronić w tym artykule.

Troska i obojętność

Już w czasie obrad Okrągłego Stołu pojawiały się głosy za tym, żeby koniecznie powołać kulturalny „podstolik”, a choćby i mały stołek, przy którym rozstrzygnęłoby się wszystkie „nabrzmiałe problemy”. Postulat świadczył niezbicie o głębokiej wierze w moc ustaleń na najwyższym szczeblu, porządkujących życie środowisk dostarczających norm i wskazań na przyszłość. Reakcja w pełni zrozumiała, wszak przez lat ponad 40 wszyscy u nas zajmowali się kulturą, od władz najwyższych poczynając, na samorządzie mieszkańców kończąc. Nowa władza ludowa, może wskutek parweniuszowskich kompleksów, niezwykle starała się o to, żeby pozyskiwać artystów. Owszem, częściej odpychała, niż przyciągała, niemniej zawsze był to dla niej wielki problem. Nie tylko władze nie mają dziś serca dla spraw kultury.

Nie widać również zainteresowania ze strony związków zawodowych ani ruchu ludowego, ani demokratów, a także zasłużonych w przeszłości socjalistycznych związków młodzieży. Dochodzą słuchy, że służby socjalne wielu zakładów pracy zaprzestają fundowania darmowych biletów do operetki i coraz mniej chętnie wydają pieniądze na utrzymanie przyfabrycznych domów kultury. Na wsiach dogorywają zasłużone kluby Ruchu, brakuje funduszy na remont gminnych ośrodków kultury. Wreszcie – kultura przestała być ciekawym tematem, od dawna nie było wydarzenia artystycznego, które wywołałoby żywą dyskusję. Polityka całkiem zdominowała życie umysłowe. Powstają nowe gazety i czasopisma, niemal wszystkie o społeczno-politycznym profilu, chętnych do otwarcia kulturalnych miesięczników jakoś nie widać.

Wydaje się, że ostatecznie runęła fasada kultury polskiej, odsłaniając mało budujący widok na tyły, ale dziś przynajmniej możemy mieć gwarancję, że jest to obraz prawdziwy, nie upiększony. Zainteresowanie sprawami kultury było w przeszłości istotnie większe, ale jakże często wynikało ono z zamiarów instrumentalnego traktowania twórców i ich dzieł (tzw. kultura dworska w rozmaitych odmianach). Wszyscy dający chcieli coś w zamian – poparcia, uwiarygodnienia, przede wszystkim zaś pragnęli podsuwać własne idee „do kupienia”. Wszystkie zadrażnienia powstawały w momentach, gdy artyści manifestowali swą suwerenność i nieprzekupność. Nikt już chyba nie wierzy, że kultura może być wartością zamienną, zastępującą inne dobra, ostatecznie przekonaliśmy się również, że to nie wskutek ostrego filmu zaangażowanego ludzie wychodzą na ulicę, aby burzyć podstawy ustroju. Można by powiedzieć, iż kultura – w złej lub dobrej wierze – była przeceniana, dziś natomiast próbuje się powrócić do jej wartości autentycznych.

Do remontu czy do rozbiórki?

Fasady więc nie ma, do woli możemy sycić wzrok obrazem zniszczeń ale największym błędem, jaki dzisiaj mogliby popełnić nowi sternicy kultury na czele z panią minister Izabellą Cywińską, byłoby danie gromkiego hasła do odbudowy wszystkiego, co legło w gruzach. Wpierw trzeba się zastanowić: a może dobrze, że legło, więc niechaj spoczywa w spokoju.

Brak funduszy wymusi brak litości i bardzo dobrze, przecież i tak zbyt długo pieniądze z kasy państwowej, czyli społecznej, topione były w wielu przedsięwzięciach o podejrzanej, nie tylko pod względem artystycznym, reputacji. Jeżeli choć połowa festiwali i festynów nie odbędzie się w przyszłym roku z braku środków, to naprawdę płakać z tego powodu nie będziemy. Jeżeli do zdewastowanego gmachu teatru prowincjonalnego – a teatry prowincjonalne bywają u nas także w stolicy – na remont którego minister nie da pieniędzy, wprowadzi się jakaś spółka, która zaproponuje rozsądne „usługi” kulturalne dla ludności, również tę stratę przebolejemy. W połowie lat 70. powołano stolice nowych województw, a osadzeni w nich przywódcy, dbając o prestiż obranych w posiadanie ziem, fundowali teatry i filharmonie. Niektóre do dziś przetrwały, najczęściej w stanie nienadającym się do dalszego użytku, mam na myśli nie tylko stan techniczny.

Charakterystyczne, że o tym, iż teatrów w Polsce jest za dużo, mówią w wywiadach sami artyści, jakby zachęcając sponsorów do podjęcia stosownych decyzji, ale tym wciąż brakowało odwagi. Może teraz – z konieczności – się odważą? W jakim stanie są domy kulturalne nie od dziś wiadomo, jakie ogromne mają braki, na jakie dotacje czekają. Moim zdaniem to są właśnie obiekty, które nie nadają się do remontu, tylko do rozbiórki. Chyba że potraktować je jako zabytki, przybić na drzwiach tablicę „pamiątka z lat pięćdziesiątych” – lecz muzeów mamy już pod dostatkiem, a pewnie nawet o wiele za dużo i prawdopodobnie nie wszystkie przetrwają ciężkie czasy.

Biedni czy zdolni?

Wypada też porozmawiać o pieniądzach, choć wiadomo, że prawdziwi artyści pracują wyłącznie dla idei. O tym, w jakim stopniu środowisko jest spauperyzowane, jak niskie są stypendia i jaka długa po nie kolejka, z grubsza się orientujemy. Osobnym zagadnieniem jest przyszłość zbliżających się do czterdziestki początkujących twórców, skupionych w kołach młodych, z rosnącą niecierpliwością czekających na debiut. Fakt to niepodważalny, że dzisiaj trudniej być w Polsce artystą niż kiedyś, niż jeszcze dziesięć lat temu, ale problem można odwrócić – a może wówczas było zbyt łatwo? Bo były liczne stypendia, konkursy z wysokimi nagrodami, sympozja i konferencje, cały rozbudowany system zapomóg, z którego wielu umiało świetnie korzystać, wiodąc żywot lekki i przyjemny. Przede wszystkim zaś mecenas w ogóle nie dbał o to, czy wyjmowane z kasy fundusze zostaną sensownie wydane. To był naprawdę wspaniały komfort, nieznany twórcom większości krajów, którym słusznie zazdrościmy bogactwa i dostatku. Oficyny wznawiały dzieła, których pierwsze wydania zalegały jeszcze półki magazynów. (Tu najczęściej decydowały względy ideologiczne). Ale też niemal każdy poeta amator mógł żyć nadzieją, że w końcu ujrzy w księgarni tomik swych natchnionych poezji dedykowanych narzeczonej.

Nawet w latach największego kryzysu początku lat osiemdziesiątych w księgarniach nie brakowało „towaru”. Krzysztof Zanussi w wywiadzie dla „Polityki”, a Ryszard Bugajski w „Tygodniku Solidarność” mówili niedawno, jak szalenie trudno zrobić dziś film na Zachodzie, jak długo producent zastanawia się, zanim da pieniądze, i jakie stawia warunki obdarowanemu. U nas świeżo upieczony absolwent łódzkiej szkoły robił film według własnego scenariusza, na temat jemu bliski, zaś publiczności doskonale obojętny. Przez całe dziesięciolecia byliśmy chyba jedyną taką kinematografią na świecie, gdzie najwięcej pracowali i zarabiali twórcy niezdolni, których każde kolejne dzieło ogromne straty, z czego dla nich samych nic, ale to zupełnie nic przykrego nie wynikało. Wnet przystępowali do następnego dzieła. W ogóle problem twórców niezdolnych – nie tylko w filmowym fachu – był raczej przemilczany. Artystą zostawało się raz na całe życie: kto wydał pierwszą byle jaką książkę, wydawał następne, komu udało się zadebiutować najmarniejszym filmem, dostawał dożywotnią nominację na reżysera. Wyniki finansowe działalności artystycznej – to były kwestie drugorzędne, godne zainteresowania buchaltera, nie zaś prawdziwego wydającego nie swoje pieniądze. Dziś wszystko się nagle zmienia, wskutek kryzysu, rzecz jasna. Wydawnictwa muszą zarabiać, zespoły filmowe planują zyski, w teatrze szuka się repertuaru dla widowni, także i „pod publiczkę”, tego nie da się uniknąć. Dochodzi już do takich skandali, że dyrektorzy oficyn rozwiązują umowy o dzieło z autorami, oddając zatwierdzone wcześniej maszynopisy i jakieś odszkodowanie na otarcie łez. Ostatni zjazd Związku Literatów Polskich protestował zdecydowanie przeciw takim obyczajom, nie podano jednak w proteście, o jakie nazwiska chodzi. Przypuszczam, że nie ma na tej liście Konwickiego, Hena, Rudnickiego, Stryjkowskiego i innych naprawdę wielkich.

W tym roku na festiwalu filmowym w Gdyni po raz pierwszy od wielu sezonów zabrakło dzieł kilku weteranów szmiry, na których obecność zawsze można było w przeszłości niezawodnie liczyć. Wygląda na to, że niezawodnym, a także średnio utalentowanym będzie teraz trudniej, co zresztą potwierdziła minister Cywińska w swych pierwszych publicznych wystąpieniach, zapewniających, iż obchodzi ją przede wszystkim najwyższe piętro kultury i parter, czyli działalność amatorska. Ci środowiskowych pięter zdani będą wyłącznie na siebie. Jeśli zniechęcą się do sztuki, muzy im prawdopodobnie wybaczą. My, publiczność, wybaczamy z góry.

Komercja i inercja

Na pytanie, jakie jest dzisiaj największe zagrożenie dla kultury, najczęściej pada odpowiedź, że komercjalizacja. Wciąż słyszę o tej strasznej komercjalizacji, a samo słowo jest tak ohydne, takie ma w naszym języku jednoznacznie ujemne skojarzenia, że dodatkowych wyjaśnień nie wymaga. Zacznijmy jednak od definicji. Komercjalizacja to, w największym skrócie mówiąc, urynkowienie kultury, priorytet dla dzieł mogących liczyć na powodzenie u odbiorców, a więc przynoszących wymierne zyski nie tylko twórcy, ale jednocześnie, a czasem przede wszystkim, sponsorom, dystrybutorom, specom od reklamy itp. Sztuka spotyka się z przemysłem, i to na najwyższym poziomie, staje się zarazem towarem, którym handlują fachowcy stosujący najnowocześniejsze metody rozpoznawania gustów i potrzeb konsumentów.

Paradoks polega na tym, że tak bardzo boimy się czegoś, czego u nas dotąd w ogóle nie ma i w najbliższej przyszłości być nie może. Nie stać nas na to, po prostu. Na razie więc nie ma się czego bać, w ogóle nie ma się czego bać. Z komercjalizmem wiążę pewne nadzieje, może dopiero skutkiem komercyjnych działań będzie pokonanie pewnych znanych słabości naszej kultury, jak chociażby braku wsparcia ze strony przemysłu, Sprawnie działające na komercyjnych zasadach oficyny będą w stanie wydrukować dowolne nakłady najbardziej poszukiwanych książek, niekoniecznie schlebiających najniższym gustom. Przemysł fonograficzny nadąży za listami przebojów muzyki poważnej i lekkiej. W kinach pojawią się filmy grane tego samego wieczoru w Paryżu, Nowym Jorku i Warszawie. Również takie mogą być owoce komercjalizacji. Jeszcze jedna pozorna sprzeczność: bez komercjalizacji nie nawiążemy kontaktu kulturalnego ze współczesnym światem, nie wejdziemy w międzynarodowy obieg – na partnerskich zasadach – dzieł i wartości. Ale my mówiąc o komercjalizacji, rzadko myślimy o doskonaleniu narzędzi dystrybucji dóbr kultury, częściej natomiast o infantylizacji treści. Chodzi o to, żeby Maryla Rodowicz nie wyparła ze świadomości potocznej Maryli Wereszczakówny. (Prof. Kłoskowska cytowała w jednej ze swych prac wyniki takich badań, w których proszono respondentów o odpowiedź na pytanie, z kim im kojarzy się imię Maryla – zdecydowanej większości kojarzyło się z Marylą Rodowicz).

W idealnie funkcjonującym obiegu kultury jest miejsce dla obu, zresztą komercyjne urządzenia mogą również świetnie służyć upowszechnianiu kultury wysokiej. Gdybyśmy mieli komercjalizm, prawdopodobnie zadbano by o to, żeby filmy Kieślowskiego z serii „Dekalog” oglądały w kinach tysiące widzów, tak jak to się dzieje gdzie indziej, a jaka była frekwencja na niedawnym przeglądzie w stołecznym kinie Bajka – wstyd przypominać. Jest jeszcze jeden bardzo przyziemny powód, dla którego warto mówić o komercjalizacji bez strachu. Nie ma co się łudzić, że w dającej się przewidzieć przyszłości staniemy się krajem bogatym i znowu wszyscy artyści przejdą na utrzymanie Skarbu Państwa. Nie należy także oczekiwać, że objawią się szybko mecenasi rozdający twórcom pieniądze. Jeżeli kultura ma na siebie zarabiać – a innych możliwości nie widać – to trzeba w końcu oswoić to brzydkie słowo komercjalizm. Przecież tylko dzięki zyskom kultury skomercjalizowanej będzie mogła rozwijać się sztuka czysta, szlachetna, nieskazitelna.

Ku pokrzepieniu czy ku sztuce?

Na koniec spisu objawów choroby punkt podkreślany zazwyczaj grubą linią; kultura przestała nadążać za swym czasem, nie opisuje barw dnia codziennego, nie przedstawia problemów i dylematów moralnych Polaka żyjącego u schyłku lat 80. XX wieku. Literatura nie podpowiada jak żyć, film nie odzwierciedla rzeczywistości, teatr jest oderwany od życia. Mamy w tej litanii żalów połączenie romantycznego patosu z socrealistycznym nakazem.

Tak jest, czytałem niedawno słynne rezolucje ze zjazdów pisarzy i filmowców w roku 1949, pełno tam zawołań namawiających, by „tematykę czerpać przede wszystkim z konfliktów otaczającej rzeczywistości”. Inżynier dusz miał zastąpić „cierpiącego za miliony”. Polski kanon sztuki tworzonej „ku pokrzepieniu” najdobitniej sformułował Henryk Sienkiewicz w „Listach o Zoli”, pisząc: „Powieść powinna krzepić życie; nie zaś podkopywać, uszlachetniać je, nie zaś plugawić, nieść dobrą nowinę, nie zaś złą”. Czy współczesna literatura krzepi i uszlachetnia – warto by dokładnie się przyjrzeć, ale wynik można prawdopodobnie przewidzieć: nie ma takiego kogoś. Kogo z bohaterów filmowych chcielibyśmy naśladować? Ostatnim takim był kapitan Kloss, po nim pustka. Aktorzy w teatrach nie dostają już takich oklasków jak parę lat temu, kiedy każde zdanie, które choćby w aluzyjny sposób mogło odnieść się do „rzeczywistości nieprzedstawionej”, przyjmowane było entuzjastycznie. Nawet filmy „z półek” budzą dzisiaj mniejsze zainteresowanie, pojawia się za to pytanie: czy to są naprawdę rzeczy warte obejrzenia?

Chyba odczuwamy w końcu znużenie dziełami pod względem artystycznym miernymi, które dostępowały zaszczytów z tego powodu, że poczęte były ze szlachetnych intencji i opowiadały się po stronie cnoty. Może już nadchodzi taki czas, że ważniejsze niż „co” stanie się „jak”, a jedynym kryterium zastępującym wszystkie doraźne sądy będzie walor artyzmu. Chyba już na tyle poczuliśmy się silni i samostanowiący o swym losie, że możemy polską sztukę zwolnić z zastępczej służby narodowi, ojczyźnie i wszystkim innym szczytnym hasłom.

***

Zdzisław Pietrasik, Coś z tą Polską, Biblioteka POLITYKI, Warszawa 2017, s. 296. Książka do kupienia w sklepie POLITYKI.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj