Fragment książki „Hawana. Podzwrotnikowe delirium”
Większość Amerykanów nie tylko nie odmawiała oferowanych im libacji – przybywali oni do Hawany specjalnie po to, żeby się napić.
Okładka książki „Hawana. Podzwrotnikowe delirium”
Wydawnictwo Czarne/mat. pr.

Okładka książki „Hawana. Podzwrotnikowe delirium”

Prohibicja – konstytucyjny zakaz spożywania napojów alkoholowych obowiązujący w Stanach Zjednoczonych w latach 1920–1933 – stanowiła dla Hawany nową szansę. To właśnie prohibicja przyciągnęła do Hawany przestępczość zorganizowaną. Kubańskie lokale adresujące swoją ofertę do Amerykanów mogły im teraz zaoferować niedostępne w ojczyźnie drinki. Machado musiał być zachwycony, kiedy w 1928 roku, w czasie wizyty amerykańskiego prezydenta Calvina Coolidge’a na Kubie, na oczach zgromadzonych dziennikarzy kazał kelnerowi zaserwować gościowi daiquirí. Przedstawiciele prasy byli pod wrażeniem tego, jak pomysłowo Coolidge zdołał jednak odwrócić uwagę Machado, unikając przy tym kelnera z drinkiem.

Większość Amerykanów nie tylko nie odmawiała oferowanych im libacji – przybywali oni do Hawany specjalnie po to, żeby się napić. Nawet bez udziału przestępczości zorganizowanej dla hawańskich barów był to świetny interes. Chyba najsłynniejszym z nich był znajdujący się koło hotelu Sevilla Biltmore bar Sloppy Joe’s, z przestronnym wnętrzem, wieloma lustrami i długim, ciemnym kontuarem z mahoniu oraz wysokimi stolikami z ciemnego drewna. Slogan reklamowy Sloopy Joe’s brzmiał: „Pierwszy przystanek, gdzie zaczyna być mokro”.

Właśnie w tym barze Carol Reed nakręcił scenę z Naszego człowieka w Hawanie, w której sprzedawca odkurzaczy jest werbowany przez wywiad brytyjski. Można przypuszczać, że takie rzeczy mogły tam mieć miejsce – w ogromnym barze, w którym tłoczyli się niemal wyłącznie cudzoziemcy. (…)

Sloppy Joe’s słynął ze swoich koktajli, które były bardzo modne w Hawanie. Bar szczycił się osiemdziesięcioma rodzajami przyrządzanych koktajli, w tym American Girl i Mary Pickford – ten drugi robiono jako uproszczoną wersję Sloppy Joe’s, z ananasa, rumu i grenadyny.

Drinki z lodem były kubańską specjalnością w XIX wieku, kiedy tylko kilka miast, w których królował upał, w szczególności Hawana i Nowy Orlean, dysponowało dużymi zapasami lodu. Lód dostarczano z północy, jego bloki wycinano w stanach Nowy Jork i Nowa Anglia, przechowywano w izolowanych lodowniach, a następnie wysyłano statkami z Nowego Jorku i Bostonu bezpośrednio do Hawany.

Pierwszy transport lodu przybył do Hawany w 1806 roku. W powieści Cecylia Valdés biali plantatorzy spędzają gorące popołudnia, sącząc drinki z lodem. W 1871 roku Samuel Hazard był zaskoczony łatwym dostępem do lodu w Hawanie. Kursujące po ulicach wozy konne, z których sprzedawano śnieżne rożki (lody szronowe z dużą porcją syropu), były powszechne w Centro Habana od XIX wieku aż do roku 1959, kiedy rewolucja zniosła prywatną przedsiębiorczość.

Jednym z pierwszych słynnych koktajli kubańskich z dodatkiem lodu było cuba libre. Amerykańscy żołnierze, w tym Rough Riders, którzy przywozili coca-colę na Kubę, zaczęli wkrótce doprawiać ją rumem, często wznosząc toasty za „wolną Kubę”, czyli sprawę, za którą rzekomo walczyli. Ten drink, serwowany w wysokiej szklance z lodem i odrobiną soku z limonki lub kapką gorzkiej nalewki, szybko stał się habanero.

Inny sławny bar Hawany, El Floridita, został założony w 1912 roku przez Constantino „Constante” Ribalaiguę, niskiego mężczyznę, cieszącego się sławą wielkiego barmana, który do perfekcji doprowadził serwowanie daiquirí – częściowo dzięki dodaniu do przepisu likieru maraschino. Podobnie jak cuba libre, daiquirí zostało wymyślone na wschodzie Kuby, ale udoskonalono je w Hawanie. Daiquirí, składające się zasadniczo z rumu, soku z limonki, cukru i lodu, zawdzięcza swoją nazwę pewnemu górniczemu miasteczku. Podobno ten drink wymyślił amerykański inżynier Jennings Cox, gdy skończył mu się gin. Inni twierdzą, że jego wynalazcą był amerykański żołnierz William Shafter, który wymyślił daiquirí w Santiago, dodając lód do miejscowego drinka złożonego z rumu i soku z limonki. W każdym razie lód był kluczowym składnikiem tego amerykańskiego koktajlu.

Początkowo El Floridita słynął z wiszących pod sufitem bardzo głośnych wiatraków oraz ogromnych, szeroko otwartych drzwi, które wpuszczały do środka powietrze. Tłum wylewał się z baru na ulicę. Hemingway mógł wyjść z hotelu, w którym mieszkał, minąć kilka nastawionych głównie na potrzeby Amerykanów sklepów na Calle Obispo, a następnie schłodzić się drinkiem z lodem w El Floridicie. To było przyjemne życie.

Bodeguita to niewielka piwnica z małym sklepikiem spożywczym, który zazwyczaj jest wyposażony w bar. Ángel Martínez założył taki lokal w 1942 roku. Miał się on nazywać Casa Martínez, ale wszyscy nazywali go La Bodeguita del Medio, czyli „piwniczka w samym środku osiedla”. W 1951 roku w spółkę z Martínezem wszedł Sepy Dobronyi, Węgier, który w swoim życiu robił wszystko – był między innymi pilotem, projektantem biżuterii oraz malarzem. Z jego pomocą La Bodeguita zamieniła się w coś pomiędzy barem, restaurację a speluną, co w Hawanie sprawdziło się doskonale. Gwiazdy kina, takie jak Errol Flynn, mogły tutaj tanio się napić i zjeść lokalne chłopskie przysmaki, zasiadając w jednym z szeregu małych pokoików o tandetnym uroku i słuchając przy tym nieźle wykonanych boler i pieśni zwanych guajiras. Klientów zachęcano do tego, żeby na ścianach pozostawiali swoje podpisy i rysunki. (…)

Drink, który przyniósł sławę La Bodeguicie, to mojito. Ten koktajl, spopularyzowany przez Ángela Martíneza, jest teraz łączony z Hawaną, ale jego pochodzenie nie jest pewne i może sięgać wielu stuleci wstecz. O ile daiquirí wlewa się do szklanek wypełnionych kruszonym lodem, mojito zawiera tylko kilka kostek lodu, co sugeruje, że może to być drink o dłuższej historii.

Dla mnie mojito jest tym smakiem Hawany. Przyjeżdżam tam, sączę moje pierwsze mojito i już wiem, że jestem w Hawanie. Kiedyś nie można było wypić tego drinka nigdzie indziej. Dzisiaj są wszędzie – w Nowym Jorku, Paryżu i Tokio. Lecz żadne z tych oszukaństw nie smakuje jak prawdziwe mojito, ponieważ przy ich przygotowaniu popełnia się fatalny błąd – dodaje się niewłaściwego rodzaju mięty. Mojito trzeba przyrządzać z tropikalną zieloną miętą, która rośnie na Kubie i nazywa się yerba buena. Szczerze mówiąc, moja słabość do tego drinka może być nadmierna – w latach osiemdziesiątych pewien urzędnik rządowy, oddelegowany do śledzenia moich poczynań na Kubie, nadał mi przezwisko „Mojito”.

A oto przepis na mojito z La Bodeguity:

Zmieszaj pół łyżeczki cukru i sok z połowy limonki w kieliszku koktajlowym. Dodaj listki mięty i zgniataj je tak długo, aż puszczą sok. Dodaj dwie kostki lodu i pół uncji rumu Havana Club Light Dry. Zalej do pełna wodą sodową i wymieszaj.

Chociaż w powyższym przepisie używany jest cukier w kryształkach, zauważyłem, że w La Bodeguicie używają syropu z trzciny cukrowej, który znacznie lepiej miesza się z drinkiem. Niektóre bary hawańskie dodają także odrobinę gorzkiej wódki angostura, co również jest dobrym pomysłem.

W 1940 roku, kiedy Batista doszedł do władzy po raz pierwszy, a w szczególności za drugim razem, po zamachu stanu w 1952 roku, zdał sobie sprawę, że im częściej angażował się w jakieś projekty i im szerzej były one zakrojone, tym więcej pieniędzy mógł ukraść. Dlatego oferował rządowe wsparcie finansowe, ulgi podatkowe i dotacje dla projektów budowlanych, które zawsze przyciągały amerykańskich inwestorów. Niektórzy z nich, jak Santo Trafficante i Meyer Lansky, byli czołowymi postaciami przestępczości zorganizowanej w Stanach Zjednoczonych.

W 1946 roku w hawańskim Hotelu Nacional odbyło się jedyne w swoim rodzaju spotkanie na szczycie amerykańskiego świata przestępczego. Lucky Luciano, człowiek, któremu w USA przypisywano udział w przestępczości zorganizowanej, za co został deportowany z Ameryki, próbował ułożyć sobie życie w Hawanie. Ostatecznie jednak był zmuszony wrócić na ojczystą Sycylię. Celem wspomnianego spotkania było właśnie mianowanie szefa syndykatu hazardowego, który miał kontrolować hawańskie kasyna. Na naradzie zjawili się liczni członkowie nowojorskich rodzin przestępczych, jak również Joe i Rocco Fischetti z założonej przez Ala Capone organizacji chicagowskiej oraz piosenkarz Frank Sinatra. Ostatecznie bossem hawańskiego hazardu został ogłoszony Meyer Lansky, którego Luciano znał od dzieciństwa spędzonego w nowojorskiej dzielnicy Lower East Side.

Zarówno hazard, jak i związane z nim łapówki wręczane władzom stanowią w Hawanie uświęconą tradycję. Villaverde w Cecylii Valdés wspomina, że na początku XIX wieku „domy gry na Kubie płaciły rządowi kontrybucję na rzekome obiekty dobroczynne”.

W latach pięćdziesiątych setki kolejnych barów i nocnych klubów otwarto przy ulicy Prado i w dzielnicy Vedado, wokół Calle 23 – Dwudziestej Trzeciej Ulicy, która nadal stanowi okolicę tętniącą życiem. Nazywa się ją La Rampa, ponieważ wybudowano ją na lekkim wzniesieniu. Nocne kluby zaczęto otwierać także poza Vedado. Leżące tuż za miastem Sans Souci przypominało majątek wiejski z ogrodami, po których można się było przechadzać albo tańczyć pod gołym niebem przy akompaniamencie znanych orkiestr. Występowali tam światowej sławy artyści, począwszy od Édith Piaf i Harry’ego Belafonte po Marlenę Dietrich i Sarah Vaughan, jak również kubańskie gwiazdy, takie jak Benny Moré, słynny śpiewak specjalizujący się w bolerach. Tamtejszym kasynem zarządzał Meyer Lansky.

Również na przedmieściach, tuż obok Marianao, znajdowała się Tropicana ze swą spektakularną architekturą z lat czterdziestych XX wieku, a zwłaszcza zaprojektowanymi przez Maxa Borgesa Arcos de Cristal – wielkimi betonowymi łukami ze szklanymi ścianami. Tropicana to jedyny ze słynnych klubów tamtej epoki, który – przez lata zarządzany przez władze rewolucyjne – przetrwał do dziś. Budynek wygląda na nieco sfatygowany i jest kompletnie nie na miejscu w rewolucyjnej Hawanie (Kubańczycy tam nie chadzają), ale jego architektura nadal zachwyca, a kobiety – pomimo stanowiska rządu, który oficjalnie sprzeciwia się kupczeniu ciałem – są tam piękne i prawie nagie.

Graham Greene, opisujący w autobiografii Ways of Escape [Drogi ucieczki] swoje podróże do Hawany, w szczery i bezpośredni sposób wyraził to, o czym prawdopodobnie myślała większość mężczyzn:

Cieszyłem się niemoralną atmosferą miasta Batisty, ale nigdy nie zostawałem tam na tyle długo, żeby zdać sobie sprawę ze smutnego tła politycznego, jakim było bezprawne wtrącanie ludzi do więzienia i stosowanie tortur. Przyjeżdżałem tam […] dla restauracji Floridita (słynnej ze swych daiquirí i krabów Morro), dla burdelowego życia, ruletki w każdym hotelu, automatów do gry, wyrzucających z siebie wygrane w postaci strumieni srebrnych jednodolarówek, teatru Szanghaj, gdzie za dolara i dwadzieścia pięć centów można było zobaczyć nagi kabaret z ekstremalną sprośnością i najbardziej niebieskimi z niebieskich filmów w przerwach między występami.

W swojej książce Greene opisuje wieczór, jaki spędził z przyjacielem w teatrze Szanghaj, obserwując występ mężczyzny zwanego Supermanem, który na żywo uprawiał seks z pewną Mulatką. Pisarz narzekał jednak, że pokaz zaprezentowany przez Supermana był „nudny jak w przypadku męża wypełniającego swe obowiązki małżeńskie”. Następnie przyjaciele poszli przepuścić pieniądze na ruletce, zjedli kolację w El Floridicie, wypalili odrobinę marihuany i obejrzeli lesbijski występ w Blue Moon. Po tym wszystkim ich kierowca zdobył jeszcze po niewiarygodnie niskiej cenie odrobinę kokainy, którą kupił w kiosku z gazetami. Diler był jednak nieuczciwy, ponieważ kokaina okazała się zwykłym białym proszkiem. To właśnie taki wieczór zainspirował Greene’a, by miejsce akcji jego komedii szpiegowskiej, która później została zatytułowana Nasz człowiek w Hawanie, przenieść z Europy do stolicy Kuby. „Nagle uderzyło mnie, że tutaj, w tym niezwykłym mieście, gdzie każdy występek był dozwolony i wszystko można było kupić, znajduje się prawdziwe tło dla mojej komedii”. Dobrze czy źle, a prawdopodobnie i tak, i tak, wszystko zakończyło się rewolucją.

Pod koniec lat pięćdziesiątych w Hawanie rozpoczął się ten sam proces, co w innych miastach usytuowanych nad brzegiem morza, a mianowicie budowa ściany betonowych wieżowców hotelowych, oddzielających miasto od oceanu. W 1955 roku Meyer Lansky zapoczątkował realizację swojego marzenia, budując najbardziej luksusowy hotel nadmorski na Karaibach – Habana Riviera w dzielnicy Vedado. Lansky wkład własny wzbogacił o pieniądze uzyskane od inwestorów z Las Vegas oraz sześć milionów dolarów z pożyczek rządowych, jakich udzielił mu jego przyjaciel Batista. Był to hotel o dwudziestu jeden piętrach, zaprojektowany przez Igora Polevitzky’ego, który swoimi budynkami, takimi jak wzniesiony w 1940 roku Shelbourne Hotel, wywarł wielki wpływ na wygląd wieżowców stojących na nabrzeżu Miami Beach. Jedną z wyróżniających się atrakcji Riviery stanowił fakt, że był to pierwszy budynek w Hawanie mający wewnętrzną klimatyzację, która nadal stanowiła rzadkość w tym mieście.

Hawański Hilton, który otwarto w 1958 roku, był trzydziestojednopiętrowym budynkiem stojącym na skraju La Rampa w Vedado i, jak przechwalali się jego właściciele, był widoczny z każdego miejsca w mieście. Miał sześćset trzydzieści pokojów, duży basen, kasyno i komfortowy bar na dachu, który, jak głosi stary dowcip, miał najlepszy widok w całej Hawanie, ponieważ nie było stamtąd widać Hiltona.

Zgodnie z często stawianą tezą, która doprowadza do furii przeciwników rewolucji, można stwierdzić, iż to właśnie rewolucja ocaliła Hawanę. Ocaliła ją przed przekształceniem w kolejne Miami Beach lub portorykańskie San Juan. Ocaliła Malecón przed odcięciem go od reszty miasta przez hotelowe wieżowce. I ocaliła Hawanę przed Josepem Lluísem Sertem oraz jego wykształconymi na Harvardzie i będącymi pod wpływem Le Corbusiera architektami, którzy przedstawili miastu swoją propozycję zmodernizowania kubańskiej stolicy.

***

Mark Kurlansky, Hawana. Podzwrotnikowe delirium, przeł. Tomasz Fiedorek, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2018, s. 192

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj