szukaj
Recenzja płyty: Tom Russell, "Blood and Candle Smoke"
Na uspokojenie Tom Russell
Parę nieco staroświeckich, czarujących muzycznych opowieści

Ciekawe, ile osób w Polsce zna Toma Russella? Podejrzewam, że niewiele. Ten amerykański bard zbliża się do sześćdziesiątki i ma na koncie co najmniej dwadzieścia autorskich płyt, pełnych opowieści o świecie, który go otacza. Urodzony w Kalifornii, sporo podróżował, mieszkając m.in. w Nigerii, Norwegii i Kanadzie. Mieszkał też w Nowym Jorku, gdzie pracował jako taksówkarz, ale w końcu osiedlił się w Teksasie, tuż przy granicy z Meksykiem. Określenie jego muzyki mianem „country” byłoby wielkim i błędnym uproszczeniem. Dowodem muzycznych zainteresowań Russella jest jego najnowsza płyta „Blood and Candle Smoke”. Przeplatają się tu elementy folku, ballady, bluesa, country, Tex-Mex i rocka. A wszystko okraszone charakterystycznym brzmieniem akustycznej gitary, skrzypiec i trąbek w stylu mariachi. Ta stylistyczna mieszanina zupełnie nie razi swą różnorodnością. Na tle muzycznych rozmaitości artysta snuje swoje historie o życiu, miłości i ludzkich losach. Jeżeli ktoś niekoniecznie lubuje się w hip-hopie czy cukierkowych przeboikach różnych lolitek, to właśnie u Russella może znaleźć parę nieco staroświeckich, czarujących muzycznych opowieści.

Tom Russell, Blood and Candle Smoke, Shout Factory 2009

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj