Recenzja płyty: Piotr Kaczkowski, "Trzeszcząca płyta 5"
Powrót do przeszłości
Znakomity wzór autorskiej kompilacji, w której nie ma nic przypadkowego

Rod Stewart zbija fortunę na swoich płytach ze starymi amerykańskimi piosenkami, Bob Dylan wyznaje, że teraz najbardziej interesuje go muzyka z lat 20. i 30., no i Piotr Kaczkowski, legenda naszego muzycznego dziennikarstwa, od paru lat wydaje płytowe kompilacje zawierające nagrania z równie zamierzchłej przeszłości.

Teraz ukazał się już piąty odcinek serialu „Trzeszcząca płyta”, a w nim cały panteon dawnych gwiazd: Bessie Smith, Errol Garner, Nat „King” Cole, Sarah Vaughan, Ertha Kitt, Harry Belafonte.

Przedsięwzięcie Kaczkowskiego zasługuje na wszelkie możliwe nagrody choćby z powodu swojej edukacyjnej funkcji, bo uczy historii, a niekiedy wręcz prehistorii współczesnej muzyki popularnej, niewtajemniczonych uświadamia, że często to, co biorą za nowatorskie odkrycie, istniało już przed sześcioma, siedmioma dekadami.

Poza wszystkim jednak „Trzeszcząca płyta” – ta ostatnia i te poprzednie – to znakomity wzór autorskiej kompilacji, w której nie ma nic przypadkowego, jest za to mnóstwo sensownie dobranej, prawdziwie pięknej muzyki.

Piotr Kaczkowski, Trzeszcząca płyta 5, 4Ever Music

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj