Recenzja płyty: Jolanta Litwin-Sarzyńska, "Moja mama Janis Joplin"
Niedaleko padło jabłko
Któż z nas nie ma swojego obrazu Janis, komu nie krążą w głowie jej piosenki?
Materiały promocyjne

"Żadna szanująca się kobieta nie zostaje piosenkarką. Jeśli nie musi”. To chyba motto artystki, bo pojawia się w książeczce dołączonej do albumu oraz podczas przedstawień monodramu muzycznego „Moja mama Janis”, z którego pochodzą utwory. To niby piosenki Janis Joplin, ale opowiedziane na nowo.

Nie wiem, czy Jolanta Litwin naprawdę musiała zostać piosenkarką, ale dobrze, że została. Ma głos, który sprawdza się i w ckliwej balladzie, i ekspresyjnych rockowych piosenkach. A wreszcie ten głos sprawdza się w konfrontacji ze słynnym repertuarem. Któż z nas bowiem nie ma swojego obrazu Janis, komu nie krążą w głowie jej piosenki?

Litwin postanowiła swoją wizję upublicznić i przekonać do niej. To wymaga niesamowitej odwagi. No i talentu, żeby takie przedsięwzięcie nie skończyło się katastrofą. Jedną z miar dobrej muzyki jest emocja, dreszcz, wewnętrzne poruszenie, jakie wywołuje. Przy tej płycie na pewno tego nie zabraknie. Córka Janis poszła w ślady matki.

Jolanta Litwin-Sarzyńska, Moja mama Janis Joplin, Agencja Artystyczna MMJ 2010

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj