Recenzja płyty: Joe Bonamassa, "Black Rock"

Na delegacji w Grecji
Trochę mało tu uwielbianego przez niektórych łojenia

Zerknąłem do mojego archiwum i okazało się, że Joe Bonamassa jest bohaterem największej bodaj liczby notek płytowych zamieszczanych przeze mnie w tym miejscu. Przyznaję, bardzo lubię bluesowo-rockowe granie, a Joe B. już pierwszą swoją płytą („A New Day Yesterday”, 2000) udowodnił, że rozumie i gra tę muzykę po mistrzowsku.

W chwili debiutu, w wieku 22 lat, był w świecie bluesa młodzieńczym objawieniem. Dziś jest dojrzałym muzykiem i właśnie proponuje nam swoją dziesiątą płytę „Black Rock”.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną