szukaj
Recenzja płyty: Joe Bonamassa, "Black Rock"
Na delegacji w Grecji
Trochę mało tu uwielbianego przez niektórych łojenia

Zerknąłem do mojego archiwum i okazało się, że Joe Bonamassa jest bohaterem największej bodaj liczby notek płytowych zamieszczanych przeze mnie w tym miejscu. Przyznaję, bardzo lubię bluesowo-rockowe granie, a Joe B. już pierwszą swoją płytą („A New Day Yesterday”, 2000) udowodnił, że rozumie i gra tę muzykę po mistrzowsku.

W chwili debiutu, w wieku 22 lat, był w świecie bluesa młodzieńczym objawieniem. Dziś jest dojrzałym muzykiem i właśnie proponuje nam swoją dziesiątą płytę „Black Rock”. Tytuł nie odnosi się do rodzaju muzyki, ale do nazwy studia nagraniowego na bajkowej greckiej wyspie Santorini. Zestaw 13 utworów proponowanych przez artystę to umiejętnie skomponowana mieszanka własnych i cudzych kompozycji – od otwierającego płytę świetnego „Steal Your Heart Away” aż po – niespodzianka – Cohenowskiego „Bird on a Wire”.

Być może podziałała tu magia Grecji, której także w swoim czasie poddał się Leonard Cohen, gdyż również muzycznie Bonamassa korzysta z lokalnych smaczków. Jest tu też nobilitujący każdego artystę duet z mistrzem – B.B. Kingiem, a także zabarwiona folkowo piękna ballada „Quarryman’s Lament”. Może trochę mało tu uwielbianego przez niektórych łojenia, ale dużo świetnej muzyki.

Joe Bonamassa, Black Rock, Provogue 2010

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj