Recenzja płyty: Airbourne, "No Guts, No Glory"
Rodzinne przedsięwzięcie z Australii
Najnowsze australijskie dźwięki o dużej sile rażenia

Jeżeli ktoś uważa, że prawdziwego, soczystego rocka z Australii reprezentuje jedynie grupa AC/DC, jest w poważnym błędzie. Muzycy z antypodów niejednokrotnie pokazywali światu swoje upodobanie do profesjonalnego i porywającego łojenia. Jeżeli ktoś ma wątpliwości, niech posłucha takich grup jak Rose Tattoo, The Angels czy Cold Chisel.

A jeżeli ktoś poszukuje najnowszych australijskich dźwięków o dużej sile rażenia, niech sięgnie po płytę grupy Airbourne. Założyli ją kilka lat temu w miejscowości Warrnambool dwaj bracia, Joel i Ryan O’Keeffe. Joel grał na gitarze i śpiewał, a Ryan walił w bębny. Dołączyli do zespołu, jakże inaczej, drugą gitarę i bas – i powstał zespół Airbourne. W liczącym około 30 tys. mieszkańców Warrnambool muzykom szybko zrobiło się za ciasno, więc ruszyli do Melbourne. Tu wypadki potoczyły się szybko.

Najpierw ukazała się wydana własnym sumptem mała płytka „Ready to Rock”, potem prestiżowe występy na żywo – m.in. Airbourne dostąpili zaszczytu otwierania australijskich koncertów Rolling Stonesów. Wreszcie prawdziwy debiut płytowy – nagrany w Stanach w 2007 r. album „Runnin’ Wild”, a kilka tygodni temu druga płyta, „No Guts, No Glory”.

Od pierwszego do ostatniego utworu słyszymy niesamowity entuzjazm i energię zespołu. Nie ma tu eksperymentów, nowatorstwa i poszukiwania nowych dróg artystycznych. Jest bezkompromisowe ostre granie, do którego potrzebne są porządne głośniki, takie jakich trzeba do słuchania AC/DC. Kraina łagodności zostaje daleko za nami.

Airbourne, No Guts, No Glory, Roadrunner 2010

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj