szukaj
Recenzja płyty: Slash, "Slash"
Slash z gitarą dobrą parą
Gitarzysta Guns N’Roses, Slash, poszedł w ślady Santany.

Jako muzyk nieśpiewający pozyskał do współpracy nad swoją trzecią płytą wielu renomowanych wokalistów rockowych. Na tym właściwie kończą się podobieństwa. Santana chciał zainteresować swoim „Supernatural” szersze kręgi odbiorców, Slash mruga do starych fanów. Zaproszeni przez niego śpiewający koledzy to między innymi Ian Astbury, Ozzy Osbourne, Lemmy, Kid Rock i Iggy Pop. Imponująca lista nazwisk, ale wartości muzyki nie mierzy się wyłącznie najlepszymi nawet nazwiskami.

Slash fantastycznie gra na gitarze, co szczególnie dobrze słychać w jedynym na płycie znakomitym kawałku instrumentalnym, „Watch This Dave”, zagranym z Dave’em Grohlem. Jednak jako kompozytor bądź współkompozytor pozostałych utworów wypada nierówno. Owszem, rockowa energia wypełnia całą płytę, ale, moim zdaniem, pośród 14 tytułów natrafiłem na kilka „wypełniaczy”. Wiem, że fanom to i tak nie przeszkodzi, ale wobec takiego gościa jak Slash wymagania muszą być wygórowane.

Mam nadzieję, że Slash nie będzie z następną autorską propozycją czekał kolejnych 10 lat (poprzedni album, „Ain’t Life Grand”, ukazał się w 2000 r.) i, wbrew zamykającemu płytę tytułowi („We’re All Gonna Die”), nie poświęci się jedynie pesymistycznym medytacjom.

Slash, Slash, Roadrunner Records 2010

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj