Recenzja płyty: Melissa Etheridge, "Fearless Love"

Melissa i jej... krzesło
Stadionowo-rockowe gitarowe granie, a w tekstach sugestie, że nie chodzi o błahe sprawy

Fakt, że Melissa Etheridge nagrała nową płytę, nie jest wiadomością sensacyjną ani nadzwyczajną. Ta amerykańska artystka robi to z powodzeniem od ponad dwudziestu lat. Niestety, te lata nie były latami ciągłego rozwoju.

Słuchając jej najnowszego albumu, ciężko się zorientować, że powstał zaledwie parę miesięcy temu. Dla fanów piosenkarki to oczywiście dobra wiadomość. Otrzymują oto kolejną porcję tego, co już dawno temu zaakceptowali i polubili. Jest więc stadionowo-rockowe gitarowe granie, a w tekstach sugestie, że nie chodzi o błahe sprawy, jest niezmiennie charakterystyczny zachrypnięty wokal. Tyle tylko, że to wszystko było już na kilkunastu poprzednich płytach.

Album „Fearless Love” jest jak bardzo porządne krzesło, zrobione przez doświadczonego rzemieślnika. Wygodne, solidne, nie kiwa się i nie uwiera, ale też nie wywołuje specjalnych emocji. A chciałoby się czasem poobcować z krzesłem może i mniej wygodnym, ale wymyślonym niestandardowo.

Melissa Etheridge, Fearless Love, Island

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj