szukaj
Recenzja płyty: M.I.A., "MAYA"
Maję znać trzeba
M.I.A. jest ciągle ważną postacią świata muzyki, ale nie daje już powodów, by ją kochać.

Świat pokochał M.I.A. (czyt. Maja), prywatnie Mathangi Arulpragasam, za egzotyczne pochodzenie i za bunt, odważne wyrażanie solidarności z terrorystycznymi Tamilskimi Tygrysami (sama jest córką politycznego działacza tamilskiego). Choć jest postacią z alternatywnego środowiska, została dzięki temu kolorytowi szybko przyswojona przez wielki rynek.

Dostała nominację do Oscara za piosenkę ze „Slumdoga”, a jej występ na gali Grammy – w zaawansowanej ciąży – wywołał sensację w tabloidach. To wszystko odwróciło uwagę od jej muzyki, na którą ogromny wpływ ma młody amerykański producent Diplo. Niestety, trochę już wyeksploatowany. Jego nawiązania do hip-hopu z lat 80., tandetnych syntezatorowych brzmień stają się zbyt czytelne.

Z grubsza to samo proponuje na produkowanych przez siebie płytach innych wokalistek: Robyn i Santigold. Krzykiem rozpaczy jest wzbogacanie płyty „MAYA” o różne naturalistyczne, zgrzytliwe odgłosy industrialne wszędzie tam, gdzie kończą się inne pomysły na podkreślenie alternatywności artystki.

M.I.A. jest ciągle ważną postacią świata muzyki i znać ją trzeba. Ale nie daje już powodów, by ją kochać.

M.I.A., MAYA, XL Recordings

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj