Recenzja płyty: Tom Jones, "Praise & Blame"

Tom Jones nie do zdarcia
To surowa, bardzo prawdziwa płyta pana od "Sex bomby".

Niedawno skończył 70 lat. Ma na koncie dziesiątki płyt i przebojów. Wydaje się, że od dawna powinien zajmować się odcinaniem kuponów od minionych osiągnięć, a nie szukaniem nowych form wypowiedzi artystycznej. Ale oto ukazuje się płyta „Praise& Blame” – i zadziwia słuchacza. Walijczyk Tom Jones

przedstawia nam 11 premierowych, bardzo amerykańskich w charakterze, nagrań, z których cztery skomponował. Reszta to utwory z repertuaru takich gwiazd jak Bob Dylan, John Lee Hooker czy Rosetta Tharpe. Słychać na tej płycie rock and rolla, gospel, soul, bluesa i doskonałą produkcję Ethana Johnsa, tego od Kings of Leon. Głos artysty brzmi fantastycznie czysto i donośnie, jakby upływ czasu absolutnie go nie dotyczył.

Taka płyta powinna budzić zachwyt, toteż z tym większą (złośliwą) satysfakcją przytoczę powszechnie cytowaną opinię jednego z wiceprezesów firmy Island, która wydała „Praise&Blame”. Ten miał określić produkt Jonesa mianem „chorego żartu”, który niepotrzebnie pochłonął furę pieniędzy. Sam Tom Jones nazwał swój album płytą w stylu późnego Johnny’ego Casha. To niezwykle trafne porównanie. Nie ma tu żadnych umizgów w stylu pop, zagrywek pod publiczkę czy zdarzających się Jonesowi w niedalekiej przeszłości flirtów z modną stylistyką. To surowa, bardzo prawdziwa płyta. Takich piosenek nie mógłby nagrać ktoś nienoszący w duszy wielkiego bagażu lat i różnorodnych doświadczeń.

Tom Jones, Praise & Blame, Island

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj