Recenzja płyty: Tom Jones, "Praise & Blame"

Tom Jones nie do zdarcia
To surowa, bardzo prawdziwa płyta pana od "Sex bomby".

Niedawno skończył 70 lat. Ma na koncie dziesiątki płyt i przebojów. Wydaje się, że od dawna powinien zajmować się odcinaniem kuponów od minionych osiągnięć, a nie szukaniem nowych form wypowiedzi artystycznej. Ale oto ukazuje się płyta „Praise& Blame” – i zadziwia słuchacza. Walijczyk Tom Jones

przedstawia nam 11 premierowych, bardzo amerykańskich w charakterze, nagrań, z których cztery skomponował. Reszta to utwory z repertuaru takich gwiazd jak Bob Dylan, John Lee Hooker czy Rosetta Tharpe.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną