Recenzja płyty: Indigo Tree, "Blanik"
Ścichapęk
To fascynująca muzyka, choć trudno tę fascynację racjonalnie wytłumaczyć.
materiały prasowe

Pierwszą ujmującą cechą muzyki wrocławskiego duetu Indigo Tree jest to, jak bardzo trzeba się wyciszyć, zatrzymać, niemalże schylić, żeby dostrzec jej wielkość. Filip Zawada (poprzednio w AGD i Pustkach) oraz Peve Lety (poprzednio solo) poznali się przypadkiem, zaczęli ze sobą pracować mimochodem, a jedną z najlepszych polskich płyt ubiegłego roku „Lullabies of Love and Death” wydali po cichu.

Proste, krótkie i kompletnie pozbawione patosu kompozycje Indigo Tree brzmią jak ulotne impresje. Skonstruowane wokół powtarzających się fraz gitarowych, najczęściej bez perkusyjnego wsparcia, miałyby wręcz charakter szkiców, gdyby nie to, jak dużą wagę obaj muzycy przywiązują do brzmienia. Na ich drugim albumie, zatytułowanym „Blanik”, realizator dźwięku Michał Kupicz staje się nawet oficjalnie trzecim członkiem grupy. Indigo Tree dbają o szczegóły budujące wszechobecny nastrój melancholii i – co rzadkie w polskiej muzyce alternatywnej – świetnie operują partiami wokalnymi.

To fascynująca muzyka, choć trudno tę fascynację racjonalnie wytłumaczyć. I to jest druga ujmująca cecha muzyki Indigo Tree.

Indigo Tree, Blanik, Antena Krzyku

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj