Recenzja płyty: John Lennon, "Signature Box"
Lennon w pudle
Megabox z masteringiem oryginalnych miksów dokonanych niegdyś przez samego Johna
materiały prasowe

Po sukcesie wydanego rok temu wielkiego zestawu remasterowanych piosenek The Beatles miłośnicy Johna Lennona ostrzyli sobie zęby na zapowiadany urodzinowy box z solowymi płytami słynnego bitelsa. I wreszcie jest! W 70 rocznicę urodzin Lennona „Signature Box” pojawił się w sprzedaży na całym świecie. Zapowiedzi mówiły o ponownie remasterowanym materiale i wielu innych atrakcjach. Atrakcje niemuzyczne to ładne, duże, a nawet bardzo duże białe pudełko z książeczką, zdjęciami i reprodukcjami rysunków muzyka. Wewnątrz znajdziemy 11 płyt CD, na których znalazło się osiem albumów Lennona oraz dodatkowo kilka piosenek wydanych na singlach i zestaw rzadko bądź oficjalnie dotąd niepublikowanych piosenek nagranych w warunkach domowych. Na razie wszystko brzmi atrakcyjnie, ale tylko na pozór. Po pierwsze – ten odmieniany na wszystkie sposoby „remastering”. Gdy chodziło o pudło Beatlesów, ekipa pracująca nad odświeżeniem nagrań wykonała pionierską i benedyktyńską pracę. W wypadku „Signature Box” nie może już być mowy o pracy pionierskiej, gdyż mniej więcej 10 lat temu na rynku pojawiły się remasterowane płyty Lennona. Co więcej, zrobiono to znakomicie i brzmienie wszystkich piosenek krytycy i fani zgodnie uznali za bardzo dobre.

Teraz mamy do czynienia z masteringiem oryginalnych miksów dokonanych niegdyś przez samego Johna. Czy są lepsze od tych już wydanych? Wystarczy kupić „Signature” za 500 zł i porównać ;-). Ale to jeszcze nie wszystko. Jak zauważy każdy miłośnik artysty, te wcześniejsze wydania specjalne miały o wiele więcej dodatkowych utworów niż płyty umieszczone w omawianym pudełku. Nie ma też śladu po płytach koncertowych, jak choćby „Live Peace in Toronto 1969”.

Żeby było jeszcze dziwniej, ostatnia wydana za życia artysty płyta, czyli „Double Fantasy”, została teraz wydana w dwóch wersjach – pełnej i tak zwanej stripped down, czyli nieco zubożonej. Zdjęto niektóre nakładki dźwiękowe, tu i ówdzie zniknął pogłos, zamilkły chórki. Głos Lennona na znanym dotąd wydaniu bywa nieco wtopiony w instrumenty – tu przybliża się do słuchacza, jest bardziej wyeksponowany. Ciekawe? Bardzo! Ale za dodatkową kasę, bo w pudle tego nie ma! Jeśli ktoś ma ochotę na „Double Fantasy – stripped down”, to musi dokupić ją sobie oddzielnie i stać się właścicielem trzech egzemplarzy tej samej płyty, w tym dwóch identycznych. Złośliwi już zdążyli w Internecie pogratulować Yoko Ono przedsiębiorczości i zapewnienia sobie dopływu gotówki przed Bożym Narodzeniem. Kolekcjonerzy zaś łapią się za głowy i portfele. W ocenie postanowiłem wyraźnie oddzielić wartość artystyczną od wartości produktu:

John Lennon, Signature Box, EMI 2010

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj