szukaj
Recenzja płyty: Voodoo Johnson, "10,000 Horses"
Rock bez udziwnień
To, co robią Voodoo, Johnson przywodzi na myśl brzmienie takich gigantów jak Led Zeppelin czy Aerosmith.
mat. pr.

Dla tych wszystkich, którzy nie chcą poddać się urokowi świątecznych piosenek Pink Martini i gustują w mocniejszym graniu, mam propozycję, która sprawiła mi ostatnio bardzo miłą niespodziankę, mianowicie płytę zatytułowaną „10,000 Horses”. To debiut brytyjskiego kwintetu Voodoo Johnson. Zespół pochodzi z Birmingham i gra ostrego, amerykańsko brzmiącego rocka. To niezbyt częste zjawisko na wyspiarskiej scenie muzycznej. Młode angielskie zespoły, chcące zainteresować publiczność swoją twórczością, starają się unikać utartych szlaków i tworzyć muzykę „alternatywną”. „10,000 Horses” to miód na serca miłośników starego, dobrego, gitarowego rocka bez udziwnień.

To, co robią Voodoo, Johnson przywodzi na myśl brzmienie takich gigantów jak Led Zeppelin czy Aerosmith. Wokalista Kev Bayliss doskonale daje sobie radę zarówno z dynamicznymi, jak i spokojniejszymi utworami, a cała płyta daleka jest od monotonii typowych rockowych schematów. Warto głośno posłuchać.

Voodoo Johnson 10,000 Horses, Polarian Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj