Recenzja płyty: Eden Brent, "Ain’t Got No Troubles"
300 mil do Nowego Orleanu (z Missisipi)
Dla każdego (zwolennika bluesowego grania) coś miłego.
materiały prasowe

Mimo iż blues nie jest stylem królującym na masowych imprezach rozrywkowych ani na falach popularnych stacji radiowych, ma u nas, na szczęście, całkiem liczne grono miłośników. Nie mają oni jednak łatwego życia poszukując w sklepach interesujących nowości. Dostępne powszechnie płyty bluesowe to dość nieliczne, przypadkowe tytuły bądź zestawy składankowe. Może więc nie wszyscy zauważyli nową, drugą już, płytę amerykańskiej wokalistki Eden Brent. Artystka komponuje, śpiewa, gra na fortepianie i do tego wszystko robi to bardzo dobrze.

Pochodzi z Missisipi, ale swoją płytę, zatytułowaną „Ain’t Got No Troubles”, nagrała w odległym o 300 mil Nowym Orleanie z towarzyszeniem doskonałych lokalnych muzyków. Nic więc dziwnego, że obok bluesowych dźwięków słychać tu również ślady ragtime’u czy jazzowe klimaty. Głos Eden Brent niektórzy określają „łagodniejszą wersją Janis Joplin”. Jest w tym ziarno prawdy, gdyż wokalistka dysponuje interesującą chrypą, ale nie tak dramatycznie i rozdzierająco eksponowaną jak to było w przypadku Joplin. Repertuar na płycie jest bardzo zróżnicowany – spokojniejsze, akustyczne ballady przeplatane są dynamicznymi kompozycjami, z brawurowym „Let’s Boogie-Woogie” na czele. Dla każdego (zwolennika takiego grania) coś miłego.

Eden Brent, Ain’t Got No Troubles, Yellow Dog Records 2010

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj