Recenzja płyty: Joe Bonamassa, "Dust Bowl"

Bonamassa znów wymiata
Nie widać żadnego zmęczenia materiału – Bonamassa jest w znakomitej formie.
materiały prasowe

Historia muzyki rozrywkowej zna sporo przypadków cudownych dzieci, które dorastały i popadały w zapomnienie. Joe Bonamassa szczęśliwie ominął wszystkie pułapki i rozczarowania czyhające na gitarowego wunderkinda. Owszem, już jako ośmiolatek występował przed B. B. Kingiem, ale nie uznał tego za powód, by spocząć na laurach. Wytrwale pracował nad swoją sztuką i dziś jest jednym z najsłynniejszych bluesowych (i nie tylko) gitarzystów świata. Imponująca jest jego pracowitość – w marcu 2010 r. ukazał się solowy album „Black Rock”, jesienią tego samego roku nagrany z Glennem Hughesem i młodym Bonhamem hardrockowy „Black Country Communion”, a teraz już mamy nowiutką pełnometrażową produkcję „Dust Bowl”.

Nie widać żadnego zmęczenia materiału – Bonamassa jest w znakomitej formie. Sam uważa „Dust Bowl” za najlepszą płytę w swoim dorobku. Artysta nie ogranicza się do będącego bazą jego twórczości bluesa, ale rozgląda się dookoła i przekracza granice gatunków. Świadczą o tym także goście, których słyszymy na płycie – wspomniany rockman Glenn Hughes, wykonawca country Vince Gill czy przedstawiciel amerykańskiej tradycji rokowej John Hiatt. Bez wątpienia jednak dominującą osobowością na „Dust Bowl” jest Joe Bonamassa, pokazujący słuchaczowi wszelakie barwy mistrzowskiego gitarowego grania. Nic tylko słuchać i podziwiać.

Joe Bonamassa, Dust Bowl, Provogue 2011

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj