Recenzja płyty: Black Stone Cherry, "Between the Devil and the Deep Blue Sea"
Mocno i głośno
Często pojawia się porównanie muzyki BSC do tego, co robią takie zespoły jak Lynyrd Skynyrd czy Black Crowes.
materiały prasowe

Gdyby ktoś miał ochotę szukać naukowych nazw najlepiej określających muzykę Black Stone Cherry, mógłby znaleźć kilka odpowiednich i niewykluczających się określeń: post-grunge, heavy metal, hard rock, southern rock. Często pojawia się też porównanie muzyki BSC do tego, co robią takie zespoły jak Lynyrd Skynyrd bądź Black Crowes. Ale lepiej słuchać, niż szukać porównań. Ten amerykański kwartet zawiązał się w Edmonton w stanie Kentucky, kiedy jego członkowie byli jeszcze uczniami.

Zadebiutowali w 2006 r. płytą zatytułowaną po prostu „Black Stone Cherry”. „Between the Devil and the Deep Blue Sea” to ich trzeci album. Nagrali go w Los Angeles pod okiem renomowanego producenta Howarda Bensona, mającego na koncie współpracę z takimi artystami, jak m.in. Motörhead, My Chemical Romance, Creed czy Papa Roach. W efekcie powstała równie dobra i ostra jak poprzednie płyta, której należy słuchać głośno, jak na dobrą, dynamiczną muzykę rockową przystało.

Black Stone Cherry, Between the Devil and the Deep Blue Sea, Roadrunner Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj