Recenzja płyty: Doda, "7 pokus głównych"

Niewiele do dodania
Słyszę tylko zagubioną wokalistkę, która zasłania się dziecinną otoczką, np. kuriozalnymi wstawkami w języku elfów.
materiały prasowe

Wśród wielu dziedzin życia, w których stara się brylować Dorota Doda Rabczewska, muzyka jest dziś najmniej interesująca. Może dlatego na drugą solową płytę gwiazdy tabloidów czekaliśmy tak długo. I może stąd ta nerwowość, którą słychać w łączeniu krzykliwej rockowej estetyki z modnym parę sezonów temu electro, a także w obecnych od pierwszych minut stylistycznych nawiązaniach do piosenek innych wykonawców. „Piąty żywioł” kojarzyć się może z „Aleją gwiazd” Zdzisławy Sośnickiej, a „Bad Girls” z „I Kissed A Girl” Katy Perry. Agresywna erotyka w tekstach („XXX”, „Fuck It”) bywa tu śmieszna, chociaż i ona lepsza niż grafomania bardziej lirycznych momentów, gdy Doda – cytuję jej tekst – „w zwierciadle istnienia przegląda się”.

Zwykle skłonni jesteśmy sławnych ludzi uznawać za półbogów, ale tu słyszę tylko zagubioną wokalistkę, która zasłania się dziecinną otoczką, kuriozalnymi wstawkami w języku elfów i kiczowatymi malowidłami. Wykonuje przesiąkniętą kompleksami muzykę pop, będącą dość nieudolnym naśladownictwem tego, co robi RedOne (producent Lady Gagi) czy Dr. Luke (Łukasz Gottwald, odpowiedzialny m.in. za nagrania Katy Perry). Nawet do szlagieru Anny Jantar „Nic nie może wiecznie trwać”, żelaznego klasyka polskiej muzyki tanecznej, nie potrafi wnieść nic, poza swoimi problemami z dykcją.

Doda, 7 pokus głównych, Universal

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj