Recenzja płyty: Dave Alvin, "Eleven Eleven"
Dave Alvin cicho i głośno
11 doskonałych, dojrzałych kompozycji wypełnionych opowieściami i miłosnymi wyznaniami.
materiały prasowe

Fonograficzne dokonania Dave’a Alvina awizuję na tych stronach dość regularnie, gdyż artysta ten od dawna należy do grona moich faworytów. Niegdyś, wraz z bratem Philem, był siłą napędową doskonałej grupy The Blasters. Od 1987 r. począwszy, od płyty „Romeo’s Escape”, regularnie nagrywa solo. Jego 11 studyjny album, zatytułowany zaskakująco „Eleven Eleven”, pokazuje artystę u szczytu sił twórczych i wykonawczych. To idealna ilustracja niezwykle pojemnego określenia „americana”. Mieści ono w sobie country, folk, bluesa, rocka, ślady jazzu – wszystko to, co w swoim niezwykłym konglomeracie charakteryzuje amerykańską muzykę rozrywkową. Zresztą nonszalanckie, a jednocześnie niezwykle prawdziwe podejście do swojej sztuki Alvin kwituje takim oto stwierdzeniem: „Są dwie odmiany muzyki folk – cicha i głośna. Ja wykonuję obie”.

Płyta „Eleven Eleven” to 11 doskonałych, dojrzałych kompozycji Alvina wypełnionych opowieściami, miłosnymi wyznaniami i prawdziwymi oraz fikcyjnymi postaciami. Jakże daleko stąd do tłukących nas po głowach komputerowym rytmem produktów udających piosenki. A dla tych, którzy kupią płytę, wytwórnia przygotowała prezent – kupon zezwalający na darmowe ściągnięcie z sieci dodatkowego utworu zatytułowanego „Never Trust a Woman”, równie dobrego jak tych 11 na kompakcie.

Dave Alvin, Eleven Eleven, Yep Roc Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj