Recenzja płyty: Rory Gallagher, "Notes from San Francisco"

Nieznany Gallagher z sejfu
Fani muzyki irlandzkiego artysty mogą cieszyć się znakomitym brzmieniem dwunastu ognistych kawałków.
Sony Music/materiały prasowe

Wiosną 2011 r. miłośnicy talentu Rory’ego Gallaghera otrzymali niespodziewanie nadzwyczajny prezent – album „Notes from San Francisco”. Ten irlandzki gitarzysta zmarł w 1995 r., a wydawane po jego śmierci płyty były albo kompilacjami rzeczy znanych, albo lepszymi lub gorszymi zapisami koncertów artysty. Tak więc ukazanie się „Nut (albo „notatek”) z San Francisco” musiało stać się wydarzeniem. Jest to bowiem pełnowymiarowy, studyjny album z wcześniej niepublikowanym materiałem. Nagrań dokonano w grudniu 1977 r., ale po ich przesłuchaniu Gallagher uznał, że nie odpowiadają jego oczekiwaniom i odłożył wszystkie taśmy na półkę. Nie znaczy to, że o nich zapomniał. Miał nieco później powiedzieć, że warto by je ponownie zmiksować i doprowadzić do wydania, ale za życia artysty nie udało się tego dokonać.

Zadania tego podjął się dopiero niedawno brat Gallaghera, Dónal, który wraz ze swoim synem wziął odłożone lata temu taśmy na warsztat i na nowoczesnym sprzęcie wykonał perfekcyjną obróbkę materiału dźwiękowego. Dzięki temu fani muzyki irlandzkiego artysty mogą cieszyć się znakomitym brzmieniem dwunastu (a właściwie jedenastu, gdyż jeden tytuł jest w dwóch wersjach) ognistych kawałków, po latach wciąż pełnych fantastycznie brzmiącej gitary i wokalu Gallaghera. A jeżeli komuś jeszcze mało, to może sięgnąć po drugi krążek zestawu, na którym umieszczono obszerny zapis koncertu Rory’ego z zespołem. Koncertu, który odbył się w 1979 r., także w San Francisco.

Rory Gallagher, Notes from San Francisco, Sony Music

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj