Recenzja płyty: Madeleine Peyroux, "Standing on the Rooftop"

Tylko na niedzielę
Klimat powtórki z konwencji, którą już dobrze znamy, sprawi, że od poniedziałku zechcemy posłuchać czegoś innego.
materiały prasowe

W jednej z brytyjskich gazet muzycznych odpytują artystów o ich ulubione płyty na szaloną sobotnią noc i na niedzielę – po tej sobotniej nocy. Ta druga kategoria przynosi ciekawe rezultaty, bo różne okoliczności sprawiają, że słucha się w niedzielę muzyki innej niż zwykle, bardziej powściągliwej, nieagresywnej, szlachetnej, ale jednocześnie niezbyt absorbującej. W tę kategorię zawsze doskonale wpisywała się dla mnie Madeleine Peyroux, Amerykanka zapatrzona w tradycję Billie Holiday i wykonująca do niedawna repertuar składający się w większości z własnych, stonowanych, pop-jazzowych wersji znanych nagrań.

Znajdziemy je i na nowej płycie („Martha My Dear” Beatlesów, „I Threw It All Away” Boba Dylana), ale ostatnio więcej piosenek Peyroux pisze sama. Towarzyszą jej ciekawi goście: Marc Ribot na gitarze, Meshell Ndegeocello na basie i Allen Toussaint na fortepianie. W sumie aż nadto, żeby stylowo wypełnić sobie muzyką całą niedzielę. Tyle że klimat powtórki z konwencji, którą już dobrze znamy, sprawi, że od poniedziałku zechcemy posłuchać czegoś innego.

Madeleine Peyroux, Standing on the Rooftop, Pennywell/Emarcy

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj