Recenzja płyty: Candye Kane, "Sister Vagabond"
Kobieta pracująca
Doskonały album, przez niektórych uważany za najlepszy w karierze artystki.
materiały prasowe

Amerykańska piosenkarka Candye Kane jest przykładem artystki, której miłość do muzyki pomogła pokonać najróżniejsze przeciwności losu. Pochodząca z rozbitej rodziny dziewczyna, od najmłodszych lat zmuszona do zarobkowania (zaszła w ciążę już jako nastolatka), imała się różnych zajęć. Hojnie wyposażona przez naturę, występowała w filmach dla dorosłych i w klubach ze striptizem. Najważniejsza jednak była muzyka.

Próbowała wszystkiego – od opery (!), poprzez punk, country, aż po bluesa i jazz. Kolejne wytwórnie płytowe, z którymi Candye współpracowała, chciały narzucić jej własne pomysły, ale ona robiła swoje, otwarcie wskazując na inspirację dokonaniami Etty James czy Bessie Smith.

Jej najnowszym dziełem jest doskonały album „Sister Vagabond”, przez niektórych uważany za najlepszy w karierze artystki. Kane jest współtwórczynią większości spośród 13 utworów, należących bez wątpienia do kategorii blues i soul. Starszych słuchaczy ucieszy zapewne umieszczenie na płycie nowej wersji niegdysiejszego przeboju Brendy Lee „Sweet Nothin’s”. Kane śpiewa znakomicie, wspierana przez stylowy zespół z grającą na gitarze Laurą Chavez na czele. Na tej płycie nie ma słabych miejsc.

Candye Kane, Sister Vagabond, Delta Grooves

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj