Recenzja płyty: Johnny Winter, "Roots"

Klasyka najwyższej próby
Znajdziemy tu 11 absolutnie klasycznych bluesowych i rockandrollowych kawałków.
materiały prasowe

Johnny Winter dobiega siedemdziesiątki, co – biorąc pod uwagę jego zdecydowanie niesportowy tryb życia w ciągu ostatnich dziesięcioleci – jest samo w sobie ewenementem. Jak się jednak okazuje, nigdy nie jest za późno na refleksję i poprawę. Jak doniosły na początku tego roku dobrze poinformowane media, Winter po raz pierwszy od 40 lat nie bierze. A ponadto koncertuje i nagrywa. I to jak! Niedawno, po siedmioletniej przerwie, na rynku pojawił się nowy studyjny album artysty zatytułowany „Roots” (Korzenie).

Zgodnie z tym, co zapowiada tytuł, znajdziemy tu 11 absolutnie klasycznych bluesowych i rockandrollowych kawałków, takich jak „Got My Mojo Workin’”, „Dust My Broom” czy „Maybellene”. Ale to nie koniec dobrych wiadomości – w nagraniach Winterowi towarzyszy cała plejada amerykańskich gwiazd (m.in. Sonny Landreth, Warren Haynes, Derek Trucks), a główny bohater jest nie tylko nominalnie centralną postacią płyty. Winter jest w doskonałej formie artystycznej. Gra na gitarze i śpiewa jak za najlepszych czasów. Aż serce rośnie, gdy słucha się tego soczystego grania.

Johnny Winter, Roots, Megaforce Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj