Recenzja płyty: Bush, "The Sea of Memories"
Bush wrócił
Porządna produkcja i brzmienie, ale czy to wystarczy w wyścigu o uszy i serca fanów?
materiały prasowe

W 1992 r. brytyjski wokalista i gitarzysta Gavin Rossdale stworzył zespół Bush, który miał być wyspiarską odpowiedzią na amerykańską inwazję grunge’ową. Plan powiódł się do tego stopnia, że grupa podpisała kontrakt płytowy w Stanach szybciej niż w Anglii. Pierwsza płyta „Sixteen Stone” została też o wiele lepiej przyjęta za oceanem. Zespół przeżywał typowe dla świata rocka wzloty i upadki – aż do 2002 r., kiedy zapadła decyzja o jego rozwiązaniu. Wiadomo jednak, że nigdy pochopnie nie należy mówić „nigdy”. Gavin Rossdale, co prawda w zmienionym składzie, ale wznowił działalność grupy. W efekcie powstała pierwsza od 10 lat studyjna płyta zespołu zatytułowana „The Sea of Memories”. Pewnym problemem może być fakt, że autorem wszystkich piosenek jest właśnie Rossdale. Mimo widocznego starania o różnorodność utworów, wyczuwa się tę samą rękę. Dużo gitar, dużo stosowanych wcześniej pomysłów, wskazujących na konsekwentne zainteresowanie masowym rynkiem amerykańskim. Porządna produkcja i brzmienie, ale czy to wystarczy w wyścigu o uszy i serca fanów?

Bush, The Sea of Memories, Zuma Rock

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj