Recenzja płyty: Savoy Brown, "Voodoo Moon"
Stare opakowanie, nowe granie
Bardzo porządna bluesowo-rockowa płyta, na którą składa się dziewięć stylowych kompozycji.
materiały prasowe

W tłumie muzycznych gwiazd i gwiazdek brytyjskiego rynku lat 60. ubiegłego wieku grupa Savoy Brown nie świeciła najjaśniejszym blaskiem. Ten solidny zespół, grający początkowo covery amerykańskich kawałków bluesowych, zdobył więcej uznania w Stanach Zjednoczonych niż w Anglii. Siłą napędową Savoy Brown był kompozytor i gitarzysta Kim Simmonds. Od czasu do czasu nagrywając płyty firmowane własnym nazwiskiem, powracał jednak w kolejnych konfiguracjach personalnych do oryginalnej nazwy zespołu. Tak też stało się teraz, gdy na rynku ukazał się album Savoy Brown zatytułowany „Voodoo Moon”.

Wbrew pozorom nie jest to rozpaczliwa próba odcięcia jeszcze kilku kuponów od przebrzmiałej popularności. To bardzo porządna bluesowo-rockowa płyta, na którą składa się dziewięć stylowych kompozycji Simmondsa, okraszonych świetnie brzmiącą gitarą lidera. On sam, jak to często robił w przeszłości, komuś innemu oddaje miejsce przy mikrofonie. Na „Voodoo Moon” zajmuje je godnie śpiewający saksofonista Joe Whiting. Płyta Savoy Brown nie jest objawieniem sezonu, ale daje słuchaczowi trzy kwadranse interesującego grania, bardzo odległego od popisów Lady Gagi i jej rozśpiewanych koleżanek i kolegów.

Savoy Brown, Voodoo Moon, Ruf Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj