Recenzja płyty: Amy Winehouse, "Lioness: Hidden Treasure"
Okruszki po Amy
Pośmiertna płyta Amy Winehouse nie jest tym wymarzonym „kolejnym albumem” wokalistki, na który jeszcze niedawno czekał świat.
materiały prasowe

Ale sygnalizuje aż trzy drogi, którymi mogła podążyć. Ambitną ścieżkę z przecięcia jazzu i czarnej muzyki w duecie z perkusistą ?uestlove’em z The Roots (utwór „Half Time”), muzykę reggae (świetny „Our Day Will Come”) albo przedłużenie stylistyki z płyty „Back to Black” pod producenckim okiem Marka Ronsona („Will You Still Love Me Tomorrow?”). Pokazuje też przy okazji, że Winehouse dość mało przez ostatnie lata nagrywała. Niezbyt długi (45 min) album trzeba było bowiem uzupełniać innymi wersjami piosenek już znanych („Valerie”, „Wake Up Alone”, duet „Body and Soul” z Tonym Bennettem). A także piosenek o jakości demo – jak dobrze podsumowujący jej twórczość „A Song for You” i młodzieńcze „The Girl from Ipanema” zaśpiewane przez 18-letnią Amy. Czy to są złe utwory? Oczywiście, że nie. Ale Amy Winehouse zasłużyła na więcej.

Amy Winehouse, Lioness: Hidden Treasure, Island

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj