Recenzja płyty: The Black Keys, "El Camino"
Zabawa stylami
Z punk-bluesa zostało tu już niewiele. Mamy za to różnorodne kombinacje, będące echem rytmów sprzed 40 i więcej lat.
materiały prasowe

Specjaliści od etykietek mogą mieć problem z amerykańską grupą The Black Keys. Na podstawie tego, co zespół prezentował na swoich wczesnych płytach, można było określić jego muzykę mianem surowego, minimalistycznego punk-bluesa. Jednak już na pierwszym albumie, wydanym dziesięć lat temu „The Big Come Up”, obok własnych kompozycji zespołu pojawia się niespodziewanie wersja „She Said, She Said” Beatlesów, sygnał świadczący o tym, że panowie Auerbach i Carney widzą i słyszą dalej niż czubek własnego nosa.

Najnowsza propozycja The Black Keys, „El Camino”, pokazuje, że muzycy, we współpracy z producentem i współautorem wszystkich 11 piosenek Danger Mousem, bawią się muzyką nie dbając o stylistyczne ograniczenia. Z punk-bluesa zostało tu już niewiele. Mamy za to różnorodne kombinacje, będące echem rytmów sprzed 40 i więcej lat. Piosenki na „El Camino”, mimo na wskroś współczesnej produkcji, przywodzą na myśl przeboje rockandrollowe czy soulowe, a nawet glamrockowe – np. „Run Right Back” brzmi jak odnalezione po latach nagranie T. Rex. Ta formalna różnorodność w ogóle jednak nie przeszkadza, gdyż mamy do czynienia z eklektyzmem świadomym, przygotowanym profesjonalnie, z szacunkiem dla pierwowzorów.

The Black Keys, El Camino, Nonesuch 2011

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj