Recenzja płyty: Paul McCartney, "Kisses on the Bottom"
W wersji standard
Zbiór bezpiecznych standardów jazzowych.
materiały prasowe

Członka najsłynniejszej spółki autorskiej wszech czasów (przynajmniej w dziedzinie piosenki) przez ostatnie lata rzadko można było zobaczyć na szczycie. Nagrywał albumy ciekawe, ale mało przebojowe („Driving Rain”), albo sprzedające się przyzwoicie, lecz chłodno przyjmowane przez krytykę („Memory Almost Full”). Najnowsza płyta Paula McCartneya to zbiór bezpiecznych standardów jazzowych, co biorę za znak tego, że prawie 70-letni muzyk The Beatles nie chce już niczego nikomu udowadniać. Skomponował tu ledwie dwa utwory: kameralną balladę „My Valentine” i elegancki, wykonywany ze wsparciem orkiestry, „Only Our Hearts” (trzeci jest jeszcze w wersji deluxe albumu). Całą resztę po prostu wyśpiewuje, chwilami lekko miauczącym głosem – pod tym względem te interpretacje pozwolą fanom odkryć innego McCartneya. Towarzyszą mu aranżacje zespołu Diany Krall – w tej dziedzinie rewelacyjnego – a na gościnne występy ściągnął Erica Claptona i Steviego Wondera. Nie napocił się mistrz, ale ewentualni krytycy mogą mu najwyżej zrobić to, co już sam delikatnie zasugerował w tytule płyty.

Paul McCartney, Kisses on the Bottom, Hear Music

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj