Recenzja płyty: Lyle Lovett, "Release Me"
Artystyczny bałagan pierwszej klasy
Płyta niby na odczepnego, a udana.
materiały prasowe

Lyle Lovett to artysta przez wielu sklasyfikowany jednoznacznie i niesprawiedliwie jako reprezentant amerykańskiej muzyki country. Tymczasem Lovett jest duchem niespokojnym i w swojej twórczości bez wahania przekracza stylistyczne granice. Ten brak stylistycznej jednoznaczności najwyraźniej nie jest mu poczytywany za ujmę, czego dowodem jest choćby czterokrotnie przyznawana artyście nagroda Grammy. Najnowsza płyta Lovetta to album szczególny. Jego wydanie wynika z kontraktowych zobowiązań wobec wytwórni, z którą artysta – po latach współpracy – właśnie się rozstaje. Symptomatyczny jest więc tytuł płyty, „Release Me”, a także okładka przedstawiająca Lovetta spętanego więzami.

Na pierwszy rzut oka niepokojąca jest zawartość albumu – zestaw tytułów to jakby zrzucony na płytę bałagan resztek, zalegających biurko przypadkowych tytułów. Jest utwór instrumentalny (zresztą nagrany bez udziału Lovetta), duet z k.d. lang w tytułowym, klasycznie countrowym „Release Me”, jest blues, jest cover piosenki „Brown Eyed Handsome Man” Chucka Berry’ego, jest rock, pop, jazz, swing – groch z kapustą. A jednak, o dziwo, dzięki zmienności tempa i stylu słucha się tego zestawu z przyjemnością i bez znudzenia. Dodajmy, że nie są to nagrania robocze, wyciągnięte z kosza, a porządnie zrealizowane różnorodne kawałki, nagrane ze świetnymi muzykami, m.in. z członkami legendarnej „The Section”, Russem Kunkelem i Lelandem Sklarem. Płyta niby na odczepnego, a udana.

Lyle Lovett, Release Me, Lost Highway

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj