Recenzja płyty: Norah Jones, "Little Broken Hearts"
Bezpieczna Norah
Być może nie ma jeszcze muzycznie do powiedzenia czegoś tak mocnego i na tyle nowego, byśmy zauważyli, że to już naprawdę nowa Norah.
materiały prasowe

Choć jej piosenki do natarczywych czy narzucających się nigdy nie należały, Norah Jones szybko zapewniła sobie miejsce w historii muzyki. Teraz, gdy już się rozstała z Lee Alexandrem, partnerem życiowym i współautorem repertuaru, przyszedł czas walki o niezależność muzyczną i realizację marzeń. Płytę „Little Broken Hearts” pomógł jej przygotować Danger Mouse – jeden z najbardziej rozchwytywanych producentów ostatnich lat, który zarazem jest jednak twórcą dość wyeksploatowanym. To on zaprosił Norah Jones na zeszłoroczną płytę „Rome”. Wtedy efekt był świetny. Tutaj już tak nie iskrzy. Są oczywiście elementy stylowego brzmienia retro, za które świat polubił Dangera Mouse’a, „After the Fall” mógłby nawet sprzedać Damonowi Albarnowi i jego grupie Gorillaz. Ale albo on zbytnio dostosował się do charakteru jej dotychczasowych nagrań, albo ona nie ma jeszcze muzycznie do powiedzenia czegoś tak mocnego i na tyle nowego, byśmy zauważyli, że to już naprawdę nowa Norah.

Norah Jones, Little Broken Hearts, Blue Note

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj