Recenzja płyty: My Bloody Valentine, "EPs 1988–1991"

Głośne marzenia
Płytę „EP’s 1988–1991” można traktować jako wielki come back po latach.
materiały prasowe

Ci, którzy kojarzą Dublin przede wszystkim z U2, nie dogadaliby się z fanami My Bloody Valentine – grupy tyleż mniej znanej, co muzycznie ważniejszej niż zespół Bono. Ich płyty na przełomie lat 80. i 90. zaskakiwały połączeniem erupcji gitarowego hałasu z marzycielskim charakterem kompozycji, a znaczenie grupy Kevina Shieldsa wyraża się w liczbie naśladowców tego stylu, choćby w ostatniej dekadzie. Sam lider – albo znudzony, albo oszalały z perfekcji – nie wydał nowej płyty od 20 lat (jeśli nie liczyć jego utworów na ścieżce dźwiękowej „Między słowami”), za to przez ostatnich dziesięć pracował nad nowymi wersjami brzmieniowymi starych albumów.

Wykorzystałeś swoją miesięczną pulę 10 tekstów z POLITYKI dostępnych nieodpłatnie w naszym serwisie.
Pełną treść tego i wszystkich innych artykułów otrzymasz wykupując dostęp do Polityki Cyfrowej.

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną