Recenzja płyty: Neil Young, "Americana"
Elektryczny XIX wiek
Nie jest to płyta najważniejsza w jego dorobku, ale udana i silnie naznaczona autorskim piętnem.
materiały prasowe

Tytułowa „Americana” to wszystkie tradycyjne gatunki północnoamerykańskiej prowincji – z folkiem i country na czele – zjednoczone pod tym terminem w ostatnich dwóch dekadach, kiedy to przyszło im od nowa podbijać publiczność, także tę najmłodszą. To potężna koalicja, którą tworzą wybitni muzycy, w dużej mierze ze sceny alternatywno-rockowej, bo w tym czasie i country, i folk zyskały w tych kręgach mnóstwo fanów. Neil Young łączy tych ludzi jak mało kto. 66-latek z Kanady pozostaje niezmiennie ikoną środowiska młodych rockmanów, a w repertuarze ma zarówno folk, rock, jak i country. Po raz kolejny odwołuje się do tradycji, zbierając na nowej płycie zestaw folkowych klasyków, ale nierzadko mocno odmienionych, w elektrycznych wersjach jego stałego zespołu Crazy Horse.

Nie jest to płyta najważniejsza w jego dorobku, ale udana i silnie naznaczona autorskim piętnem. „Oh Susannah” czy „Clementine”, piosenki z XIX w., znane z podręczników historii i westernów, potraktował bardzo luźno, a finałowe „God Save the Queen” Young – jako Kanadyjczyk będący poddanym brytyjskiej królowej – dorzucił do zestawu z ewidentną przekorą.

Neil Young, Americana, Reprise

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj