Recenzja płyty: Swans, "The Seer"
Nie stracił zębów
Pod względem intensywności doznań w skali 0–10 muzyka Swans to 11.
materiały prasowe

Wiedzą o tym ci, którzy widzieli ostatni koncert na Off Festivalu, kiedy to Michael Gira ze swoim piekielnie głośnym składem nie zamierzał zejść ze sceny, wprawiając jednych w ekstazę, innych w konsternację. Wiedzą to również ci, którzy śledzili zespół od jego nihilistycznych i ponurych prapoczątków, przez wciąż surową, skupioną na potędze religii słynną płytę „Children of God”, po późniejsze nawiązania do folku. Gira wskrzesił zespół po latach, a ten nowy album przynosi sporo nawiązań do starych płyt – włącznie z uzębieniem lidera wykorzystanym na okładce, podobnie jak 30 lat temu na pierwszym albumie. „The Seer” to przedsięwzięcie pełne rozmachu – wraca tu dawna wokalistka Jarboe, gościnnie pojawia się Karen O (Yeah Yeah Yeahs), członkowie grup Low, Akron/Family i Mercury Rev.

Utwór tytułowy trwa ponad 30 minut, a dwugodzinna całość ma stosowną, kosmiczną wręcz skalę, choć opiera się wciąż na tych samych prostych środkach muzycznych co niegdyś, pojedynczych akordach przesterowanych gitar i mocnej warstwie rytmicznej. Mocne przeżycie i z pewnością jedna z najlepszych płyt roku.

Swans, The Seer, Young God Records

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj