Recenzja płyty: John B. Spencer, „Bluesman”
Prawdziwa magia dla nielicznych
Być może płytą zostanie zauważoną tylko przez nielicznych. Ale jestem pewien, że ci nieliczni będą oczarowani i zaczarowani.
materiały prasowe

To wielce nieoczywista płyta. Autor „Bluesmana” nie żyje od ponad 10 lat, ale ten wydany w lutym br. album nie jest pośmiertną składanką, lecz w pełni premierowym wydawnictwem. Mimo bluesa w tytule nie jest to płyta bluesowa, ale stylistycznie wieloznaczna. Są tu krótkie, refleksyjne ballady, ciepłe folkopodobne muzyczne opowiastki o miłości, o życiu, jest szczypta rocka. Nagranie całego materiału zajęło artyście blisko osiem lat. John B. Spencer przykładał wielką wagę nie tylko do muzyki. Jako literat, autor powieści kryminalnych (sic!) uważnie składał słowa swoich piosenek. Mimo niezaprzeczalnej wartości jego muzyki kariera Spencera na brytyjskim rynku przebiegała nieco bocznymi ścieżkami. Nie szukał modnych rozwiązań, nie pchał się przed innych. Jego charakterystyczny, zachrypnięty głos nie przebijał się z wystarczającą siłą przez playlisty popularnych stacji. Być może i „Bluesman” pozostanie płytą zauważoną tylko przez nielicznych. Ale jestem pewien, że ci nieliczni będą oczarowani i zaczarowani. Bo, jak wiadomo, prawdziwa magia nie lubi zgiełku.

 

John B. Spencer, Bluesman, Irregular 2013

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj