Recenzja płyty: Dogbite, „Dynamit”
Front mocnego rokendrola
Nowa płyta zespołu jest brzmieniowo tak wycyzelowana, że można odnieść wrażenie pewnego niedostatku spontaniczności.
materiały prasowe

Front rokendrola (właśnie z taką pisownią, bo chodzi o swojską realizację uniwersalnego idiomu). Warszawski zespół Dogbite, który zyskał kiedyś sławę piosenką do filmu „Dzień świra”, traktuje tradycję rockową jako coś z gruntu oczywistego, ale nie chce być prostą kalką anglosaskiej rockowej klasyki. Układem odniesienia są tu raczej Niemcy (Toten Hosen z odcieniem Rammsteina). W dodatku nowa płyta zespołu „Dynamit” jest brzmieniowo tak wycyzelowana, że można odnieść wrażenie pewnego niedostatku spontaniczności. Gitary nie kokietują wirtuozerią, za to tworzą coś na kształt Spectorowskiej ściany dźwięku, wokale, choć nieskomplikowane, układają się w przejrzyste harmonie, bębny z basem porządkują wszystko jeszcze wyraźniej.

Dogbite to dziś jeden z wielu zespołów, które tworzą ów osobliwy front powrotu do lat 70. i 80., zaś muzyka na płycie „Dynamit”, z iście dynamiczną tytułową piosenką na czele, nie ma pretensji rewolucyjnych i służy raczej zabawie niż czemukolwiek innemu. Czy jednak nie o to chodziło na początku historii rocka?

 

Dogbite, Dynamit, Fonografika

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj